http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

„Ja czuję, że to był wielki człowiek”

Wyróżniony „Ja czuję, że to był wielki człowiek”

Z okazji przypadającej w tym roku 50. rocznicy śmierci pisarki Zofii-Kossak, po Polsce z cyklem spotkań przybliżających tę postać podróżuje Anna  Fenbry-Taylor, która jest główną spadkobierczynią po słynnej artystce. Ze swoją prelekcją dziś dotarła również do Pierwszej Stolicy Polski, gdzie odbyła dość kameralne spotkanie z miłośnikami działalności i twórczości swojej babki.


Na spotkanie z wnuczką Zofii Kossak, które zorganizowało stowarzyszenie Civitas Christina w Gnieźnie przybyło zaledwie 16 osób, ale przynajmniej nieprzypadkowych. Po trzech kwadransach ciekawego opowiadania padło kilka pytań od publiczności, z których wyniknęło kilka wątków stających się dopełnieniem całości prelekcji. – Babcię po raz ostatni widziałam, gdy miałam 16 lat. Gdy zmarła, ona była jakby skazana na zapomnienie przez Polskę Ludową. Naraziła się władzom komunistycznym dwoma rzeczami właściwie, czyli podpisała „List 34” w 1964 roku i potem jeszcze odmówiła w 1966 roku przyjęcia nagrody państwowej – mówi Anna Fenbry-Taylor, najstarsza z ośmioro wnucząt Zofii Kossak, która odrestaurowała słynny Dworek Kossaków w Górkach Wielkich pod Beskidem Śląskim, gdzie obecnie mieści się Centrum Kultury i Sztuki, które prowadzi. – Właściwie ta druga sprawa była bardziej znacząca, ale już tłumaczę, jak to się stało, że ona nie przyjęła tej nagrody? 1966 roku, gdy Polska obchodziła Milenium Chrześcijaństwa i po kraju jeździła kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej i w pewnym momencie władza aresztowała ten obraz i Zofia Kossak w liście odmownym wtedy napisała, że nie może przyjąć nagrody od władz, które nie dają religijnej wolności swoim obywatelom. Dlatego, gdy zmarła, jej książki były wycofywane z bibliotek, ze spisu lektur szkolnych i zasadniczo ona stawała się powoli zapomniana – dodaje A. Fenbry-Taylor.

- Ja bym chciała przytoczyć tu słowa wypowiedziane przez Wojciecha Żukowskiego podczas pogrzebu Zofii Kossak, bo one są dość ciekawe: „Ludzie. Czy wiecie kogo dzisiaj żegnamy. Znaliście ją ze sklepów, z autobusu, z drogi, z kościoła. Przyzwyczailiście się przecież do niej tak jak do zwykłej sąsiadki, a to był wielki pisarz, z tych największych, na miarę Sienkiewicza”. Ja nigdy nie potrafiłam ocenić poziomu pisarstwa mojej babci, ale zawsze miałam wrażenie i ja czuję, że to był wielki człowiek, a te słowa to wyraźnie potwierdzają – wspomina wnuczka pisarki.

W swoich wspomnieniach Anna Fenbry-Taylor powraca z dużym sentymentem do wakacji spędzanych u babci, która przyjechała do Polski po kilkunastu latach pobytu w Kornwalii. – Wcześniej babcia pisała do nas listy. Gdy zdarzało się czasami, że był taki tydzień, gdy ona nie miała na to czasu i nic nie napisała, to zawsze w pierwszej kolejności nas przepraszała. Rodzice nie czytali nam bajek, ale listy od babci były zawsze czytane na głos, a gdy przychodziły to już było wielkie święto. Ona często się zwracała w nich do nas bezpośrednio i z tych listów dowiedzieliśmy się tego, że babcia to jest osoba bardzo nas kochająca, lubiąca zwierzęta i często odwołująca się do Boga, a do Polski przybyła po tej odwilży w 1957 roku – zauważa.

Od tego momentu, podczas corocznych miesięcznych wakacji organizowała dla swoich wnuków mnóstwo wycieczek po kraju, na ten czas rezygnując całkowicie ze swoich zajęć związanych z pisarstwem. – Świetnie gotowała i można powiedzieć, że potrafiła coś zrobić z niczego, a najlepsze były naleśniki, które często smażyła dla swoich wnuków. Było nas tam wtedy tak dużo, że dorośli jedli posiłki w jej gabinecie, a dla nas była jadalnia – nadmienia wnuczka pisarki.

- Babka nas nie traktowała jako gromady wnuków, ona dała nam zrozumieć, że każdy z nas jest inny, ma inne potrzeby, może odebrać jakąś sytuację w ciągu dnia zupełnie inaczej i to ona nam wytłumaczyła, że to jest zupełnie normalne i że rzeczą najważniejszą to jest po prostu być sobą. To była osoba, przy której człowiek nigdy nie odczuł, że ona ocenia, sądzi i że można jej powiedzieć najbardziej skryte myśli, które przechodzą nam przez głowę i że nigdy nie zostanie to użyte przeciwko człowiekowi. To była taka osoba, która jakoś nigdy się nami nie męczyła, mimo żeśmy przecież cały miesiąc jakby siedzieli na jej babci i ja to widzę teraz po sobie, że dzieci w pewnym wieku męczą, bo dzieci wciąż coś chcą, a przy babci nigdy nie było poczucia, że ona jest nami zmęczona – podkreśla A. Fenbry-Taylor.

Ostatnie ich wspólne wakacje też były wyjątkowe. – Ja wtedy wiedziałam, że to był cud, że babcia przeżyła II wojnę światową i obóz koncentracyjny w Birkenau. Mój ojciec wtedy zawiózł moich dziadków na taką uroczystość, która była związana z poświęceniem darów byłych więźniów z obozów koncentracyjnych, który był przywieziony przez delegację z Kanady. Babcia została matką chrzestną sztandaru, a ojcem chrzestnym był Franciszek Gajowniczek, za którego wystawił się ojciec Kolbe na śmierć. Ja i mój brat Wojciech, myśmy wówczas towarzyszyli babci, dziadzi i ojcu podczas tego wyjazdu i potem, jak już się skończyła ta uroczystość, to pojechaliśmy do tego Birkenau i przeszliśmy całą długość tego obozu, aż pod pomnik i pamiętam, że to było bez komentarza z babki strony. Ja już teraz wiem, że w książce „Z otchłani”, która jest świadectwem jej pobytu w Birkenau, co ona wtedy odczuwała i ona wtedy nawet nie pokazała nam gdzie, w którym pawilonie mieszkała, mimo że wtedy przeszliśmy całą długość tych budynków. Po powrocie z tej uroczystości ona zachorowała na serce i właściwie nigdy już z tego nie wyszła, a zmarła niecały rok później 9 kwietnia 1968 roku – przypomina.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.