http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Walentynki

Wyróżniony Walentynki

Teraz, po ponad 12 latach, mogę w końcu oczyścić sumienie i przyznać się. Tyle właśnie czasu potrzebowałem, by zebrać się w sobie, przewartościować swoje życie i wyznawane wartości, a następnie ogłosić „urbi et orbi”, że to ja! To ja jestem ojcem. To ja jestem ojcem dziecka Anety K.!


Proszę już więcej nie zadręczać niewinnych ludzi, niesłusznie ich oskarżać, kalać ich dobre imię, opowiadać o nich niestworzone głupoty, że o badaniach DNA nie wspomnę. Wszyscy oni są niewinni!

To było jakieś trzynaście lat temu, na jednej z rolniczych blokad. Pracowałem wtedy trochę jakby naukowo i dostałem zlecenie zbadania wpływu długotrwałego używania gumiaków na farbę stosowaną do malowania pasów dla pieszych na polskich ulicach. Miałem też i inne zlecenie, z pewnej placówki psychologicznej, które w największym skrócie można ująć tak: „Po jakim czasie chodzenia w kółko normalny człowiek może dostać pierdolca?” Potem je trochę zweryfikowano i „normalny człowiek” zastąpiono „działacz Samoobrony”. Okazało się bowiem, że normalni ludzie w kółko jednak nie chodzą.

Życia uczuciowego i erotycznego „wkółkochodzących” nikt badać mi nie kazał, więc raczej się na tym nie skupiałem, choć z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że okoliczne stodoły, krzaki i rowy pełne były pełnowartościowego materiału genetycznego. Przy okazji, wspomniana na wstępie Aneta cieszyła się raczej umiarkowaną opinią ładnej i cnotliwej kobiety, co jednak absolutnie nie kłóciło się z całkiem sporym powodzeniem. Mnie jednak, jako przedstawiciela innej – oczywiście zdecydowanie gorszej – kategorii, całkowicie ignorowała. Do czasu...

To było jakoś tak właśnie w okolicy Walentynek. Mróz zelżał, topniejący śnieg szybko zamieniał się w bystro szemrzące strumyczki, z okolicznych drzew słychać było wyraźne krakanie wron, a w powietrzu unosił się zapach obornika, przepoconych onuc i skarpet. Co ważne, tradycja została zachowana, bo zgodnie z Tetmajerowskim życzeniem, z butów śmierdziało tak samo, jak przed stu laty.

Krótko mówiąc, był niesamowicie romantyczny wieczór. Anetę nosiło, w oczach miała wypasione kurwiki, widziałem to wyraźnie. Zresztą, wszyscy widzieli. Niestety, przewodniczącego akurat nie było, Stachu właśnie ściągał pierwszy odciąg bimbru i tak się spił, że usnął w pobliskich krzakach. Krzychu F. urwał się gdzieś z Daną H., mimo iż za jej plecami ciągle się z niej wyśmiewał, przedrzeźniał ją, a nawet celowo przekręcał jej nazwisko, zamiast „o” artykułując „u”.
    
Pełnowartościowych – nadających się do użytku – chłopów w pobliżu nie było, więc padło na mnie, wykształciucha, jednak – było nie było – faceta. Najpierw mnie wytarzała w błocie, żeby zabić mój inteligencki odór, następnie – nim się spostrzegłem – rozebrała mnie, nałożyła mi na bose nogi gumiaki i ... niestety był to jedyny gumowy element mego stroju. A więc stało się! Nie było innej możliwości.
    
Podkreślam więc jeszcze raz stanowczo i zdecydowanie: to ja jestem ojcem dziecka Anety K.! Mało tego, z tego właśnie powodu przez wszystkie te lata twierdziłem, że nie obchodzę Walentynek, bo Walentynki mnie nie obchodzą. Od dzisiaj jednak koniec z zakłamanym życiem! A propos, co się kupuje w prezencie dwunastolatkowi?

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.