http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Czerwono mi

Wyróżniony Czerwono mi

Śpiewał kiedyś Andrzej Dąbrowski: Zielono mi” – znaczy, było mu fajnie. Mnie tam jest dzisiaj czerwono, czyli nie bardzo fajnie, ale co tam ja. Całej Europie jest czerwono, czyli nie do śmiechu i to wcale nie z powodu reinkarnacji socjalizmu. Susza zagraża   całej Europie, a ostatnie upały tylko pogłębiają problem.


O głupocie związanej ze złą gospodarką wodą w Polsce, a właściwie o braku jakiejkolwiek gospodarki tym życiodajnym płynem, piszę przynajmniej raz do roku i przy tej okazji bardzo mnie kusi, aby parafrazując znaną sentencję że „człowiek to brzmi dumnie” powiedzieć, że człowiek: to brzmi durnie!

To, że woda jest jednym z podstawowych warunków życia, wie każdy. To, że wody nie szanuje nikt, również jest wiedzą powszechną, ale mnie nie idzie nawet o wodę w kranie, którą w Gnieźnie i okolicach czerpie się z dużych głębokości. Tutaj zaraz pytanie, czemu tak? Otóż głównie dlatego, że na powierzchni jej po prostu nie ma
 
To, że kiedyś było jej tutaj znacznie więcej, łatwo zauważyć, wystarczy wybrać się za miasto czy też do lasu aby stwierdzić, że małe rzeczki a nawet rowy, są wykopane zazwyczaj w rozległych dolinach wypełnionych torfem. Znaczy to, że kiedyś te miejsca były na stałe wypełnione wodą, w której rozwijało się bujne życie. To, że dzisiaj wiele takich miejsc jest zwykłym nieużytkiem porośniętym „łabuziami”, to w znacznej mierze zasługa człowieka, który w swej pazerności chciał te tereny zamienić w tzw. „użytki zielone”, czyli łąki. Sam dobrze pamiętam czasy, gdy taką rolę spełniała w mojej okolicy dolina Wrześnicy. Pamiętam też taki rok, gdy ktoś lekkomyślnie podpalił jesienią rozrastające się tam i nie pożądane trzciny, wywołując tym zapłon torfu, który palił się aż do wiosny.

Wczoraj, wybrałem się rowerem na sentymentalną wycieczkę po lesie, do którego zresztą piechotą chodzę prawie co dzień. Wiadomo zaś, że rower służy do pokonywania większych dystansów i tym sposobem znalazłem się w rewirze zwanym przez myśliwych „Dziekaną”. Celem mojej wyprawy, było odwiedzenie usytuowanego tam kiedyś gniazda bociana czarnego, czyli tzw. hajstry. Niestety, ale po gnieździe tego eleganta w czarnym smokingu,  nie ma tam nawet śladu - co mnie wszak wcale nie dziwi, bo w wykopanym nieopodal przez ALP na podmokłym kiedyś terenie stawie, poziom wody opadł przynajmniej o metr, a bocian lubi przecież żaby

Kiedy jeszcze polowałem, cały ten teren był  zalany wodą, a droga która przebiegała obok, była istnym topieliskiem. Dzisiaj, ma ona wilgotność otaczającego ją lasu, czyli jak mówią w telewizji, jest suchsza od kartki papieru. Tutaj trzeba zauważyć, że ocenianie poziomu wody w tego typu zbiornikach bywa złudne dlatego, że niektóre z nich wcale nie odzwierciedlają skali problemu dlatego, że są połączone z rowem melioracyjnym i kiedy zdarzy się np. burza, to ich poziom w sposób sztuczny znacznie wzrasta i nie ma nic wspólnego z poziomem wód gruntowych na danym terenie. Zbiornik o którym piszę, takiego zasilania nie posiada i kałuża którą się obecnie stał, jest prawdziwym obrazem klęski, która dotyczy wszystkiego, co wokół byłego mokradełka rośnie. Od wielu już lat obserwuję (i piszę) o umierających dębach w nieodległym Rezerwacie Bielawy. Ktoś powie, rezerwat to rezerwat, suche, stojące jeszcze szkielety, albo i powalone dęby w najlepszej sile wieku, które gniją ku chwale nie mądrej moim zdaniem idei, są tylko częścią naturalnej gospodarki samego lasu. Przepraszam: czego?

Czy naturalną rzeczą, jest wykopany przez człowieka rów płynący przez sam środek tego ostępu? (rzecz jasna że tylko wtedy, gdy jest w nim woda) Oczywiście że nie. Rów wykopali ludzie dlatego, aby mogli skutecznie szabrować drewno z okolicznych oddziałów, inaczej by się w chwili dostatku wody – zwykle jesienią i wiosną, potopili ze swym ładunkiem. Drzewo żyje dziesiątki lub setki lat, aby stało się dla człowieka przydatnym kąskiem. Oczywiście pierwszym warunkiem aby tak mogło być, jest odpowiedni poziom wody w gruncie w okresie wegetacji, bo wystarczy miesiąc posuchy i „jest po ptokach”. To, że np. nasza Wielkopolska od lat, ale systematycznie zamienia się w step, nie jest bynajmniej moim odkryciem, to fakt stwierdzony przez naukowców. I co z tego pytam? - Nic.

Pytanie jest bardzo proste. Jak długo może trwać taki stan rzeczy, który polega wyłącznie na jak najskuteczniejszym osuszaniu naszego kawałka podłogi, w imię totalnego szabru przyrody?

Odpowiedź na tak postawione pytanie nie jest natomiast prosta dlatego, że nie zależy to wyłącznie od sprawności „meliorantów”, ale i od tego, co spuszczą nam na ziemię niebiosa.  Cel zaś  tych zabiegów jest jasny. Każdy kawałek podłogi należy odwodnić, bo w Europie nie flancuje się ryżu, tylko sieje się pszenicę i wszystko - chociaż pozornie - jest w porządku, dopóki nie nastanie takie dziś. A dzisiaj rolnicy spodziewają się plonów o 50 % niższych, bo i stan wody jest w niektórych rejonach kraju najniższy od lat stu.

Reasumując można powołać się na klasyka i stwierdzić, że rząd się wyżywi, a do tego załatwi nam okazyjnie nowe helikoptery i samonaprowadzające się bomby. Oby jedna taka zeszła z kursu i walnęła kogoś w łeb.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.