http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Jesienny maj a Konstytucja

Wyróżniony Jesienny maj a Konstytucja

Środek maja, jesień w pełni… Uczciwie trzeba przyznać, że to rzadkość, nawet w naszej strefie klimatycznej. Zazwyczaj o tej porze roku panowała wyjątkowo piękna, ciepła i słoneczna aura. Wyjątkowo, bo – jak okazuje się w tym roku – maj to jeden z najbardziej okropnych i najmniej sympatycznych miesięcy w 2019 roku. Ponure, „małolistne” drzewa,  szaruga, słota, zimnica, zmrok, przenikliwy wiatr i siąpiący ostatnio deszcz, oto prawdziwa twarz miesiąca, który zazwyczaj uchodził nie tylko za najpiękniejszy, ale nawet za miesiąc – w naszej polskiej (nie walentynkowej) tradycji – zakochanych. Wszystko stoi, co widać zresztą za oknem.


Większość drzew jeszcze nie zdążyła się porządnie zazielenić, jest cokolwiek „łysawa”. I absolutnie nie rozumiem, skąd u wielu ludzi, w tym – wrażliwych przecież – poetów, taki zachwyt nad tą porą roku, nad tym – zielonym ponoć – majem. Skąd tyle „wiosennych” (melancholijnych, miłosnych i sentymentalnych) wierszy, piosenek, obrazów itp? Jeden z moich ulubionych poetów pisał: „Szumiał las, śpiewał las, gubił złote liście, świeciło się jasne słonko chłodno a złociście...”. Nie wiem kiedy dokonał on takich obserwacji, bo wiersz poświęcony jest… jesieni, a ja rękę dałbym sobie uciąć, że chodzi o maj, zwłaszcza tegoroczny. Mało tego, uważam nawet, że z tym jasnym i złocistym słonkiem, to zdrowo przesadził!

Szumiący i śpiewający las, w dodatku gubiący złote liście, i owszem, mógł się zdarzyć we wrześniu lub na samym początku października, ale w tym roku zdarzył się w maju. I cały wiosenny romantyzm od razu diabli wzięli. No chyba, że „jasne słonko chłodne a złociste” to metafora (piękna zresztą) niedawnych, niezbyt przyjemnych, bo dokuczliwych, przymrozków. A tak swoją drogą,  jak to dobrze, że są ludzie o wyższym, nieprzeciętnym stopniu wrażliwości, bo tam, gdzie zwykły zjadacz chleba widzi wiosenną czy jesienną pluchę, poecie zaraz gra, szumi i śpiewa; zwykły człowiek widzi padający deszcz, a poeta zaraz słyszy „jęk szklany”, „płacz szklany” i widzi jak „szyby w mgle mokną”; ja wkurzam się z powodu braku słoneczka i zimnicy, a jemu „światła szarego blask sączy się senny”. O zmarnowanych – przedwcześnie posadzonych – ogórkach i pomidorach nawet nie wspominam, bo co tam poetę obchodzą warzywa?!

Ale, ale... wracajmy do wiosny/jesieni i do ulubionego poety, który wyraźnie się rozkręciwszy napisał: „Rano mgła w pole szła, wiatr ją rwał i ziębił; opadały ciężkie grona kalin i jarzębin...”. Mój Boże, jak on to pięknie powiedział, tyle tylko, że mnie poranne mgły bardziej kojarzą się z niebezpieczeństwem podczas porannego dojazdu do pracy, z osadzaniem się wilgoci na jezdni, z ewentualną szadzią i ślizgawicą. Mało tego, kiedy od rana jest mglisto, wietrznie i zimno, to moja głowa najczęściej jest cięższa niż owe poetyckie jarzębinowe grona, co z kolei wcale nie wróży zbyt udanego – a tym bardziej poetyckiego – dnia. Bywa, niekiedy, że jakaś poczciwa dusza zainteresuje się i zapyta o przyczynę udręki, wypisanej na mojej twarzy, ale przecież nie wypada mi użalać się nad sobą, bo – jak mówi inny ulubiony poeta – „kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią...”. Zresztą, co mam tym dobrym duszyczkom odpowiadać, bo o ile prześladującą mnie po nocach bezsenność są w stanie zrozumieć, to jak mam opowiedzieć o tym, że nie jestem (choć tak bardzo chciałbym być) poetą? Jak mam im powiedzieć, że jeszcze w liceum, zauroczony Krzysztofem Kamilem Baczyńskim, myślałem, że i mnie „zdrój rzeźbił chyży”, że i mnie „wyhuśtała chmur kołyska”. Niestety, jak się wkrótce miało okazać, mój talent poetycki nie potrafił wzbić się ponad frazę „Szła mrówka przez wodę i zgubiła brodę.” Smutne to, ale prawdziwe. Ba, jesienny maj tak naprawdę nie sprzyja żadnym talentom. W ogóle niczemu chyba nie sprzyja!

A tymczasem mój ulubiony poeta nieoczekiwanie zaszarżował: „Każdy zmierzch moczył deszcz, płakał, drżał na szybkach... i tak ładnie mówił tatuś: jesień gra na skrzypkach.” No cóż, skoro tatuś tak mówił, to nic dodać, nic ująć, a i komentować nie wypada. Szkoda tylko, że na tych samych jesiennych skrzypkach w tym roku gra także wiosna. Zresztą, skoro „każdy zmierzch moczył deszcz”, a ostatnio także każdy poranek, to nie ma już chyba odpowiednich słów, aby to skomentować, bo zwykłe „ostatnio leje od rana do wieczora… i pi.dzi” jakoś nie bardzo tutaj pasuje…
    
Przy okazji, tak sobie też pomyślałem, jak to fajnie by było, gdyby rządzili nami poeci! Wrażliwy, melancholijny i sentymentalny prezes, jego prezydent, jego premier i jego  ministrowie, poetycko nastrojeni posłowie („Zbigniew i Krzysztof w jednym stali domu…”) i senatorowie („Umarł Robert – narodził się Jarosław…”) , rymowane ustawy i rozporządzenia, a może i nawet Konstytucja w formie wiersza... złamanego oczywiście. To byłoby coś, i znowu bylibyśmy pierwsi w Europie!

________________________________________________________________________________________________________

Felietony publikowane w naszym portalu zawierają osobiste opinie ich autorów. Nie przedstawiają one oficjalnego stanowiska redakcji portalu informacjelokalne.pl

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.