Logo
Wydrukuj tę stronę

UFO „na Pomniku”

Wyróżniony UFO „na Pomniku”

W lesie i kniei spędziłem ponad trzydzieści lat.  Oczywiście, że aż tyle czasu nie mieszkałem tam w dosłownym sensie, bo nie jestem dzikiem, ale były takie lata, że przez całe miesiące spędzałem tam wszystkie noce - bez względu na pogodę i to, jaki to był dzień tygodnia. „Normalni” ludzie uważają, że najwięcej duchów pojawia się w nocy, podobnie bywa z UFO, które ponoć właśnie pojawiło się nad Filipinami…


Starsi Czytelnicy pamiętają dobrze „chorobę filipińską”, na którą zapadł nasz były prezydent, a więc Filipiny bywają feralne, ale wracajmy do naszych baranów, jak mawiają starzy Francuzi. Felieton ma być przecież o UFO, a przynajmniej o czymś, co je udawało. O duchach niestety nie napiszę nic, bo nigdy i żadnego nie zobaczyłem, ani w lesie, ani nigdzie indziej chociaż urodziłem się i wiele lat mieszkałem koło dwóch cmentarzy naraz.

Mówiąc szczerze, to po zachodzie słońca można w lesie zobaczyć i usłyszeć wszystko, co tylko się chce, bo las w pewnej chwili zmienia się diametralnie, a najlepiej się tego doświadcza, siedząc na ambonie. Otóż myśliwy zajmuje swoje stanowisko na długo przed zmierzchem, gdy jest jeszcze zupełnie jasno i wszystkie gatunki prowadzące dzienny tryb życia normalnie funkcjonują, ale wraz z zapadającym zmierzchem nadchodzi taka chwila, że cała ta maszyneria się zatrzymuje i nastaje kompletna cisza. Oczywiście dotyczy to sytuacji, gdy nie wieje wiatr, który sam jest źródłem dźwięków wszelakich i z powodzeniem może imitować odgłosy iście diabelskie. Oczywiście bywa też inaczej. Myśliwy udaje się na polowanie, zanim wstanie słońce, czyli dociera do obranego rewiru w kompletnej ciemności i ma nadzieję, że kiedy się rozwidni uda mu się dostrzec coś interesującego – chociażby UFO, które wylądowało na leśnej polanie w nocy. Czemu nie? Rzecz w tym, że prawdziwy las ma niewiele wspólnego z tym, co namalowali w elementarzu. W prawdziwym lesie nawet polany nie są porośnięte zielenią z angielskiego trawnika, tylko metrowym  trzcinnikiem i przynajmniej kilkoma rodzajami krzaków, a wszystko - szczególnie rano – spowija niska mgła.

Nie inaczej było tamtego ranka. Las znałem jak swoją pustą kieszeń, a rewir do którego zmierzałem, z racji oddalonego około 1 km na wschód monumentu, upamiętniającego tragiczną śmierć hr. Skórzewskiego podczas polowania, nazywany jest w nomenklaturze łowieckiej  „Pomnikiem”. Dobrze też wiedziałem, że za skrzyżowaniem duktu po którym szedłem, rozciąga się podmokły i zapuszczony zrąb, którego – najwidoczniej przez te mało sympatyczne warunki jeszcze nie zalesiono i teraz porastały go trawy, jeżyny, oraz wszelkiego rodzaju samosiejki, dochodzące do kilku metrów wysokości. Oczywiście nad całym tym bałaganem unosiły się smużki siwej mgły, którą jakoś dawało się prześwietlić gołym okiem, ale w lornetce zbijała się ona w nieprzebytą ścianę i zamieniała ten normalnie bardzo pomocny sprzęt, w nikomu niepotrzebny rekwizyt obciążający szyję.

Jakież było moje zdziwienie, gdy po dotarciu do linii (drogi) oddzielającej Pomnik od Rezerwatu, zobaczyłem na samym środku zapuszczonego ostępu coś, co z całą pewnością nie było częścią przyrody i przypominało raczej jakąś sporych rozmiarów kabinę. Taki widok ani trochę by mnie nie zdziwił na nieoświetlonej szosie, lub też ulicy, ale tutaj? Jak to coś tam wjechało? Ani chybi spadło z nieba! Nie ukrywam, że czegoś podobnego jeszcze w lesie nie widziałem. Tutaj kładę nacisk na  słowo widziałem, bo co można zobaczyć o ciemku i to w kniei spowitej mgłą? Otóż wszystko zależy od wyobraźni. Miałem więc normalnego w świecie pietra, ale też darła mnie ciekawość, a że ustrojstwo póki co nie było agresywne, to poczekałem aż się trochę rozwidni i zacząłem się skradać do obiektu mojego zainteresowania. Rychło się też okazało, że żadnego cudu nie było, ale sprawa nie była też banalna – przynajmniej moim zdaniem. To co zobaczyłem na środku zarośniętego chaszczami bałaganu, było naprawdę ogromnym buldożerem, z doczepionym do niego monstrualnych rozmiarów pługiem. Pytanie tylko, czemu ten tajemniczy sprzęt stał po pracy na środku zapuszczonego zrębu, a nie gdzieś na jego skraju? Czyżby się zepsuł, albo i zakopał? Tego już dzisiaj się nie dowiemy.

Wszystko zaś wskazuje na to, że to co widziałem, było innowacyjną próbą uprawy lasu w stylu radzieckim. Otóż ja widziałem już nie jedną taką innowację w lesie, więc i ta mnie szczególnie nie zdziwiła po jej poznaniu. Sprawa polegała na tym, że ogromny „stalinowiec” rył głębokie na metr równoległe rowy, a na powstałe w ten sposób osuszone bruzdy, sadzono drzewka. Metoda była wątpliwa, bo w ziemi wciąż tkwiły korzenie tego, co gwałtem przyorano i co wcale nie umarło, a więc  dżungla szybko wracała do pierwotnej kondycji i zapominała o wizycie wielkiego „Deta”, którego ja wziąłem za gościa z nieba.
Informacjelokalne.pl