Logo
Wydrukuj tę stronę

Emigracja 2

Wyróżniony Emigracja 2

Jako wieczny i niepoprawny optymista nowy rok, miłościwie nam od tygodnia panujący, rozpocząłem całą listą mocnych i zdecydowanych postanowień. Nie zraziło mnie nawet to, że większość z nich „postanawiałem” już w zeszłym roku, 2 lata temu, 3 lata temu… itd. itp. Kiedy człowiek wchodzi w pewien wiek, nazwijmy go może sobie „wiekiem średnim stabilnym”, tak już jest i absolutnie nic nie można na to poradzić.


Wśród naprawdę długiej listy noworocznych postanowień, tak obszernej i pojemnej, że miejscami zaczęły występować sprzężenia (postanowienia zaczęły się częściowo dublować, fragmentarycznie łączyć, a nawet wzajemnie się implikować) było i to o wewnętrznej emigracji, a ściślej mówiąc, o jej wyższym (czyli w zasadzie głębszym) poziomie, Na emigracji jestem praktycznie już od roku 2015, tyle tylko, że jest ona mało „szczelna”. No bo co z tego, że nie oglądam propagandowo-reżimowej kurwizji – nawiasem mówiąc, wiernie powtarzającej najgorsze wzorce peerelowskiej TVP – skoro oglądam TVN, a tam w niektórych programach typu „Szkło kontaktowe” pojawiają się kurwizyjne odpryski. Już tylko te odpryski wystarczą, by zorientować się, że głupota i hipokryzja ciągle trzymają się mocno, że „nikt nam nie powie, że białe jest białe, a czarne jest czarne”, że absolutnie nie przywrócono „jedyności i prawdziwości słowom, chytrze zmienionym przez krętaczy”, a to  oznacza, że przychodzi mi funkcjonować w czymś na kształt pierwszego kręgu Dantejskiego Piekła. A ja nie chcę, nie zasłużyłem!

Zdecydowałem więc, że jedyną ucieczką przed niezawinionym cierpieniem będzie modyfikacja postanowienia sprzed prawie już 5 lat, czyli krótko mówiąc uszczelnienie wewnętrznej emigracji tak, by nie docierały do mnie żadne „odpryski” z zewnątrz, ani te ze świata Imperium, ani te z obszarów Rebelii. W praktyce oznacza to całkowite odcięcie się od otaczającego mnie świata, czyli informacji, niesionych przez TV, radio, prasę, internet, ambonę. Trudno w to uwierzyć, ale jedynym źródłem informacji – niezwykle trudnym do wyeliminowania – są dla mnie strzępki rozmów przechodniów na ulicy, wymiana zdań z obsługą kas sklepowych i personelem stacji benzynowej, na której zazwyczaj tankuję oraz wszechobecne – zaśmiecające miejską przestrzeń – reklamy wizualne. A to i tak za dużo.    

Funkcjonuję tak dopiero tydzień, a poziom mojego szczęścia wzrósł co najmniej kilkakrotnie. Teraz mało co wiem i – szczerze mówiąc – mało co mnie to obchodzi. Nie denerwuję się, nie emocjonuję, nie spalam, nie tracę nerwów, zyskuję spokój, a co za tym idzie – zdrowie! Pewnie, że niektóre sprawy pozostały niedokończone, urwały się nagle, a ja nie mam nie tylko zielonego, ale nawet bladego pojęcia, jak się zakończyły. Przykładowo, oto nie wiem jak zakończył się polsko – rosyjski spór, o to, kto wywołał II wojnę światową, Polacy czy Rosjanie?! Nie wiem też, co na to wszystko Niemcy, ale wyobrażam sobie, że po początkowym zdziwieniu, musieli mieć niezły ubaw. Gdyby tak dobrze poprowadzili tę sprawę, z typowo niemiecką solidnością i dokładnością, to może mogliby jeszcze liczyć na reparacje wojenne od Polski i Rosji.

Nie wiem też jak zakończył się konflikt amerykańsko – irański, o którym dowiedziałem się właśnie na stacji benzynowej, gdzie jeden z tankujących biadolił, że „… panie wojna bydzie, Amerykony zabili irańskigu generała, wiesz pan po ile tera bydzie ropa…” Nie wiem czy wojna „bydzie czy nie bydzie”, nie wiem też, ile będzie kosztować 1 litr benzyny czy oleju napędowego. Wiem natomiast, że gdyby taka wojna wybuchła, to nie tylko pochłonie ona mnóstwo niewinnych ofiar, ale bardzo łatwo może przerodzić się w konflikt globalny, z użyciem broni jądrowej włącznie. A przy takiej wizji, to nawet nasze rodzime, zaściankowe, siermiężno – buraczane spory blakną i okazują się być jedynie sztucznie nadętym, pustym w środku, balonikiem.

Polska – jak wiadomo – najwierniejszy i wypróbowany sojusznik Ameryki, tylko patrzeć jak opowie się po stronie Wuja Sama i rzuci cały swój wojskowy potencjał przeciwko irańskim mułłom i ajatollahom. Może znowu dostaniemy własną strefę okupacyjną, jak w Iraku! Już widzę te płynące korzyści (jak z Iraku) tę tanią ropę naftową płynącą do Polski, te polskie firmy odbudowujące kraj po zniszczeniach wojennych i zarabiające krocie, ten prestiż i międzynarodowy szacunek.

Póki co jednak, w obawie przed jakimś zabłąkanym irańskim pociskiem (a ta tarcza antyrakietowa w Redzikowie, to już działa, czy jeszcze nie?!) lub „zabłąkanym” strażnikiem rewolucji z pasem szahida wokół bioder, poszukuję jakiegoś cichego, spokojnego, najlepiej ciepłego, miejsca, oddalonego od światowych centrów, zwłaszcza rządzonych przez ludzi z dziwnymi fryzurami, gdzie można żyć spokojnie, godnie i w miarę bezproblemowo. Myślę o Australii…
Informacjelokalne.pl