http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Mowa ulicy

Wyróżniony Mowa ulicy

Jako rzekło się dużo wcześniej, także i na tych łamach, z nastaniem 2020 roku wyemigrowałem sobie do wewnątrz, żeby było jasne do… ścisłego wewnątrz. Zyskałem równowagę, spokój ducha i jako taki błogostan. Zacząłem zapominać o „spinkach”, nerwach i wszechobecnym do niedawna stresie, gdy tymczasem pojawiło się nowe, bardzo poważne zagrożenie, a mianowicie… nuda.


Nie chodzi mi jednak o nudę pojmowaną powszechnie, wiadomo przecież nie od dziś, że inteligentny człowiek nigdy się nie nudzi. Mówiąc „nuda” mam bowiem raczej na myśli brak informacji i bodźców dostarczanych, do niedawna jeszcze nawet w nadmiarze, przez świat zewnętrzny. Wstyd przyznać, ale w głębi duszy często zastanawiam się co też dzisiaj ludzi bulwersuje, co ich śmieszy, co tumani, co przestrasza, czym żyją i o czym w końcu rozmawiają.

Z tego też powodu, wychodząc na ulicę, wyczulam zmysły i bacznie rejestruję wszystko co usłyszę lub zobaczę. W ten prosty sposób kompensuję sobie choć częściowo moje świadome odcięcie się od mediów, Internetu, ambony… itp. Niestety, niekiedy prowadzi to do arcyzabawnych sytuacji, rodem z filmów Barei, których nie powstydziłby się i sam Woody Allen.

Oto jednego tylko dnia, pokonując niedługą przecież trasę pomiędzy swoim domem a radiem (góra 400-500 m w prostej linii) byłem mimowolnym świadkiem (słuchaczem) kilku rozmów, które dosłownie mnie „rozwaliły”!

Scenka 1. Oto z gnieźnieńskiego ratusza wychodzi  dwóch mężczyzn. Dwóch lokalnych twardzieli – dokładnie tak sobie o nich pomyślałem – eleganccy, długie płaszcze, głowy wysoko w chmurach (tak wysoko, że nie dostrzegłem auroeli), a dookoła nich aura, która prawie krzyczała „podziwiajcie nas!” Znam obu z widzenia, ale nie pamiętam, czy są radnymi czy też może wysokimi miejskimi urzędnikami. Zresztą, to bez znaczenia. Idę więc sobie za nimi, słucham i uszom własnym nie wierzę, bo słyszę ni mniej, ni więcej, jak tylko taki dialog: – Czemu nie byłeś w sobotę na zjeździe twardzieli? – Aaa, wiesz… żona mnie nie puściła.

Scenka 2. Kiepsko tłumiąc prawdziwie szczery śmiech, szybko skręciłem w przeciwną stronę (twardziele poszli Rzeźnicką), gdzie przed jednym z najpopularniejszych w Gnieźnie hoteli stała grupa starszych panów i gorąco o czymś rozprawiała. Tych także znałem, od lat bowiem regularnie spotykali się w hotelowej restauracji i w ten prosty sposób pielęgnowali swoją znajomość, a może i przyjaźń. Widywałem ich praktycznie od samego początku powstania hotelu i restauracji. Takie rzeczy się zdarzają, kiedy człowiek mieszka praktycznie na deptaku. Pamiętałem, że kiedyś przychodzili tam, bo Pietrak po prostu był modny, później pociągało ich dobre jedzenie, jeszcze później ładne i zgrabne kelnerki, potem lekkostrawne i wegetariańskie dania, a jeszcze później brak barier architektonicznych, podjazdy dla wózków itp. Kiedy – ciągle jeszcze rozbawiony „twardzielami” – zbliżyłem się do nich, usłyszałem, że gorąco się o coś spierają, zawzięcie dyskutują, padały nazwy różnych lokali, a zaraz potem argumenty za (tymi lokalami) lub przeciw. Spór przybierał na sile, atmosfera gęstniała i nagle jeden ze staruszków wyszeptał ledwo słyszalnym głosem – To może chodźmy do Pietraka, bo jeszcze tam nigdy nie byliśmy!

Scenka 3. Uważając na siebie, żeby nie pęknąć ze śmiechu, szczęśliwie dotarłem na Rynek. Niestety, los tego dnia uwziął się na mnie. W poprzek Rynku przechodziły bowiem dwie nastolatki, które jednym spojrzenie, zaklasyfikowałem jako „gimnazjalistki”. Jedna opowiadała coś w bardzo emocjonalny sposób, mocno gestykulując, druga tylko słuchała. Do moich uszu dotarł zaledwie strzęp rozmowy, który brzmiał mniej więcej tak: - Wyczekałam na odpowiedni moment, uśmiechnęłam się słodko, objęłam ją za szyję i mówię: „Babciu, a co to właściwie znaczy kochanek”? I wyobraź sobie, że babcia nic nie mówi, w jej oczach pojawia się obłęd, odpycha mnie, zrywa się, biegnie do szafy, otwiera ją, a stamtąd wypada… kościotrup! Patrzę przerażona, a babcia ze łzami w ochach mówi: „Popatrz wnusiu, zapomniałam”.

Scenka 4. Od strony kościoła oo. Franciszkanów nadchodzą dwa podejrzanie wyglądające typki: nerwowe ruchy, rozbiegane oczy, niejedno z pewnością na sumieniu. Za każdego z nich nie dałbym nawet 5 groszy. Nie mylę się i tym razem, bo mijają mnie i niechcący słyszę fragment takiego oto monologu: - Spowiadam się już z dobrą godzinę i ten chyba porządnie ścierpł, bo zaczął się trochę przeciągać i kiedy się tak wyprężył spod habitu wysunął się mu portfel, a ja – całkiem nieświadomie, odruchowo – gwizdnąłem mu go. No i  kiedy w końcu skończyłem, zrobiło się mi głupio i mówię mu: „Ojcze i jeszcze ukradłem portfel”. A on na to; „To musisz go oddać”. To ja wyciągam ten portfel i podaję jemu, ale on w ogóle nie skumał, że może chodzić o jego portfel i mówi do mnie: „Ale nie mnie, tylko temu, komu go ukradłeś”. To ja na to: „Ale on go nie chce”. A wtedy on: „A, to go sobie weź!”. No i mam, gruby, pewnie proboszczowski, chodź, zapraszam cię do Pietraka.

Szok i zdumienie długo mnie nie opuszczały, nie pamiętam nawet jak przeszedłem górną część ulicy Tumskiej, skręcając w Kolegiaty, spojrzałem na wieże Katedry i wyszeptałem sam do siebie: „Święty Wojciechu, patronie nasz, módl się za nami!”

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.