http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Gratuluję wyobraźni!

Wyróżniony Gratuluję wyobraźni!

Tekst który zamierzam stworzyć, będzie tylko poszerzonym komentarzem do wpisu kogoś, kto podpisał się wielce tajemniczym nickiem „aaa”. Rozumiem, że ten pseudonim to stąd, że jego autor zadaje w swoim dość obszernym wypracowaniu szereg pytań. „A te zwierzątka w lesie”, a ten gajowy...  Cóż, może uda się to i owo panu wyjaśnić.

Żyjemy w czasach, gdy każdy może zadać dowolne pytanie, lub stworzyć dowolne dzieło, a to, że mogą to być rzeczy uznane przez większość za prymitywne lub naiwne, bynajmniej ich nie dyskredytuje w oczach wszystkich. Przykładem niech będzie chociażby malarstwo Nikifora Krynickiego, którego wszak uznano za wybitnego przedstawiciela prymitywizmu. Ja nie mam pojęcia kim jest „aaa” i do czego on aspiruje jako znawca zagadnień łowieckich w Polsce. Ja  chcę bowiem konsekwentnie pozostać przy ocenie tych realiów w naszym kraju -  bo na szerokim świecie jest to rozmaicie - i odpowiedzieć zainteresowanemu na nurtujące go pytania jak potrafię.

W swoim materiale - który jest przedmiotem naszego zainteresowania napisałem, że jednym z  celów łowiectwa, jest utrzymanie populacji danego gatunku na pożądanym poziomie i tutaj zaraz dwa pytania logiczne. Kto ustala ten pożądany poziom i kto „liczy zwierzątka”. Czy robi to sam „gajowy”? O ile ja wiem, słowo „gajowy”, jest już reliktem czasów minionych, ale dobrze, wszyscy wiemy, o kim mowa.

Otóż prawda jest taka, że pożądany stan populacji zwierzyny grubej, określa się na postawie naukowych badań ustalających tak zwaną pojemność danego łowiska. Wynika to stąd, że las nie jest lasowi równy. Trudno dla przykładu porównywać rozległą monokulturę sosnową, z bogatym w rozmaite gatunki liściastym borem mieszanym, który sypie żołędziem, bukwią i rozmaitymi fruktami owocodajnych drzew i krzewów. To by był oczywisty nonsens, gdyby brać pod uwagę tylko same hektary. No dobrze, stan pożądany ustala nauka, a kto określa stan faktyczny?

Niech będzie, że to gajowy, a konkretnie, to administrator danego terenu, czyli ALP, a więc nie myśliwy, który tylko jej ustalenia realizuje na podstawie przyznanego, a właściwie to narzuconego kołu łowieckiemu planu odstrzału. Jeżeli koło planu odstrzału nie wykona, to zapłaci karę wyliczoną w polskich złotych według obowiązującej taryfy. Dziwne? Niestety,  ale prawdziwe.

Następna sprawa, to łączność między myśliwymi, czyli satelita i nadajniki walkie talkie. Przyznaję, że na takie diktum, czuję się powalony totalnie! Kompletny odlot. Otóż myśliwi nie wchodzą do lasu jak nie przymierzając grzybiarze, czy też zakochane pary szukające ustronnej polanki. Myśliwy wchodzi tylko na dzierżawiony przez jego koło teren, lub - gdy posiada stosowny „odstrzał”, czyli pisemne i imienne pozwolenie na dokonanie odstrzału konkretnej ilości zwierząt danego gatunku na innym terenie - ale zawsze po uprzednim i osobistym ustaleniu konkretnego miejsca i czasu w którym zamierza polować, a po uzyskaniu takiej zgody, fakt ten zostaje zapisany w stosownej książce. Po opuszczeniu zaś tego miejsca, obowiązuje go odnotowanie w tejże książce zgłoszeń, że polowanie tam zakończył. Żaden nadajnik ani satelita nie jest tu do niczego potrzebny. Kuriozalne.

Wielce podejrzaną sprawą jest dla „aaa”, ilość zabitych na takim polowaniu zajączków. Otóż jest to kolejna bzdura, bo na zające - jeżeli w ogóle, to poluje się wyłącznie zbiorowo, przy czym minimalna liczba myśliwych wynosi wtedy 7 osób, a każda taka akcja musi być zgłoszona i podlega prawnej ochronie. Indywidualnie, poluje się owszem na zwierzynę grubą, ale wtedy dzieje się to na podstawie indywidualnego pozwolenia jak wyżej.

Nie wiedzieć czemu, autor tych insynuacji najbardziej interesuje się losem „wystrzelanych przez myśliwych” zajęcy. Otóż w obwodach dzierżawionych przez koło w którym sam polowałem, polowań na zające nie organizuje się od lat blisko dwudziestu, ale osobiście, to nie obserwuję wzrostu populacji tego gatunku ani o jotę. Podobnie jest z kuropatwą, ale tą próbowano wręcz wprowadzić tutaj z hodowli wolierowej. Skutek bardzo mizerny, bo kury mało że dawno nie widziałem, to nawet nie słyszałem jej charakterystycznego głosu.

Wracając na chwilę do zająca, to polowano na niego według podstawowej zasady. Polowanie na szaraki,  mogło się odbyć co najwyżej raz na dwa lata na tym samym terenie. Nie ma więc mowy o tym, że myśliwy idzie sobie do łowiska i strzela sobie jak chce i do czego chce. To bzdura totalna.

Pozostaje jeszcze jedna kwestia, kwestia nielegalnego polowania, czyli kłusownictwa. Fakt istnienia tego procederu jest oczywisty, ale nie mnie oceniać jego skalę, lub przypisywać go określonej grupie ludzi. Tutaj adekwatnymi organami jest Straż leśna, lub Policja, bo nielegalne polowanie nie jest sprawą łowiectwa jako takiego. Podobnie jest w Polsce z przestępczością kryminalną, drogową, etc. Każdego obowiązuje stosowne prawo, a w życiu jest, jak jest. Jeżeli czegoś jeszcze nie wyjaśniłem, lub gdzieś wyraziłem się nie jasno, to proszę pytać dalej, postaram się odpowiedzieć stosownie do swojej wiedzy i kompetencji. Darz Bór!
Więcej w tej kategorii: « Tu zaszła zmiana... Cisza »

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.