Gnieźnieński „Grób Nieznanego Żołnierza”

Wyróżniony Gnieźnieński „Grób Nieznanego Żołnierza”

Zainspirowany przez kolegów-felietonistów tematyką majówki (Zbyszek Beling „Labirynt” - zakorkowane miasto i Wojciech Orłowski „Co oprócz kiełbasy z grilla” - o sposobach spędzania wolnego czasu przez Gnieźnian) postanowiłem wybrać się na spacer. Ostatnie dni maja, czas poetów i kompozytorów, pomyślałem, idź. I trafiłem. Na cmentarz św. Piotra i Pawła.


Naprawdę nie chciałem. Nie chciałem zanudzać nikogo pięknymi życiorysami. Gnieźnieńscy kantorzy, pisarze, naukowcy, zasłużeni badacze kultury, tłumacze z języków starożytnych, kanonicy, wojskowi, urzędnicy, elita II RP, leżą tu, rozsiani wśród bluszczy i drzew. Ale dziś po nich tylko cisza, sporadyczna wywózka starych tablic, pielęgnacja grobów z odzysku pod nowe pochówki.

Nie wiem, naprawdę nie wiem, czy to moralne. Czy raz w ziemi schowanemu, czekającemu, można zakłócać spokój, wykopywać Jej/Jego szcząteczki, kawałki kosteczek zbieranych dyskretnie przez grabarzy. Rozumiem. Ekonomia, przeludnienie, drogie parcele. Ale czuję głęboki wewnętrzny niepokój gdy wyobrażę sobie, że za lat … i mnie ktoś poczęstuje szybkim przemieszczeniem szkieletu, takie sacrum recykling. I tu przydałby się poeta, pogroziłby, krzyknął: Gniezno, nawet umarłych nie szanujesz...

Powiem szczerze, chciałem odwiedzić grób Jana Bernarda Lange (1817-1881), gnieźnieńskiego wydawcę. Jego matką była Anna z domu Jung. Swoi, pomyślałem. Mam ich tu wielu. Ale na rozpadający się, penetrowany od lat przez młode kłącza i korzenie okazały grobowiec rodziny Lange nie dotarłem. I nie dlatego, że idąc wśród zielonych tuj myślałem o jednej z moich dalekich cioć, siostrze mojego prapradziadka Oswalda, Paulinie Jung, która uciekła do Ameryki z innym Lange, i nie dlatego, że myślałem o ich wnuczce, która później została aktorką, znaną jako Jessica Lange. Zatrzymał mnie widok trzeciego grobu od głównego wejścia.

Najpierw dostrzegłem Matkę, z Dzieciątkiem bez główki. Wygląda samotnie, opuszczona. Nazwałem ją: Matka Boska Bezimiennych. Z daleka grób wygląda opłakanie. I tu znowu włączył mi się automatyzm – jakże piękna jest staropolszczyzna. „Opłakanie”. Ten grób naprawdę jest w opłakanym stanie.

Wygląda jak po trzęsieniu ziemi, lub jakby ktoś próbował się do niego włamać. Popękana płyta główna, szczeliny, fragmenty zapadają się, wrastają w sypki piach. A dookoła zachłanna zieleń, bujność krzewów, która za chwilę zagarnie ten obszar, chwilowo jeszcze dany nam, ludziom.

Kim byłeś, pomyślałem. Kto tam leży, opuszczony, samotny. Chociaż nie samotny, bo jednak ktoś tu zostawia znicze, fikuśne lampiony z grubego szkła, choć już bez wosku w środku. A jednak ktoś Cię odwiedza, pomyślałem ponownie, jakbym sam w sobie szukał odpowiedzi, kim byłeś? Dlaczego Jezus nad Tobą nie ma główki?

Idąc w kierunku tego grobu byłem przekonany, że czas zatarł wszelkie znaki, i że tylko kościelne księgi dadzą mi odpowiedź, kto kochał tego Człowieka na tyle, aby zafundować mu gustowną rzeźbę.     

Ale im bliżej byłem tego grobu, tym większy ogarniał mnie niepokój. I tu znowu włączył mi się automatyzm – jakże piękna jest staropolszczyzna. „Niepokój, który potrafi ogarniać”. Ten naprawdę mnie ogarnął, na długą chwilę mną zawładnął, zmusił do chwili refleksji, zadumy.

A jednak Bracie, pomyślałem, czas ocalił Twoją tabliczkę, tych kilka błahych znaków, dzięki którym wiemy kim byłeś. Musiałem przeczytać dwa razy, bo nie mogłem uwierzyć:


Ś. P.
Marjan Burzmiński
Pułkownik W. P.
Kawaler Legji Honorowej
Francuskiej
zmarł dnia 3 lutego 1934.

Gdy wróciłem ze spaceru natychmiast rozpocząłem prywatne śledztwo. W Internecie znalazłem tylko jedną fotografię pułkownika. Zima, stangret pod kocem, koń półkrwi z przyciętym ogonem, bryczka z lampą karbidową. W szykownym powozie Burzmiński ze swoją żoną. Może to fotografia właśnie z tego okresu, gdy żołnierze 17 Dywizjonu Piechoty rozsiewali plotkę, że ich dowódca ma piękną żonę, Węgierkę lub Austriaczkę, i że często roku 1923 wraz z nią chodził za rękę po parku kasyna oficerskiego obozu ćwiczeń w Biedrusku nad Wartą, prawie zawsze w towarzystwie ppłk. Emila Fudzika, Czecha, i jego małżonki. Ponoć oficerowie rozmawiali z sobą wyłącznie po niemiecku. Ale czy można się dziwić? I Burzmiński i Fudzik byli dawnymi poddanymi cesarza Austro-Węgier. Zatem może od początku.

Marian Konstanty Burzmiński urodził się 30 marca 1873 r. Przywołany już cesarz Austro-Węgier, Franciszek Józef I (1830-1916) podczas I wojny światowej zaaprobował mianowanie Burzmińskiego na wojskowego komisarza rządowego dla miasta Lublina. „Dziennik Urzędowy cesarskiej i królewskiej Komendy obwodowej w Lublinie”, rocznik II, cz. V, z dnia 10 lipca 1916 r. obwieszczał nominację: W miejscu dotychczasowego Komisarza rządowego miasta Lublina, ustanowiono c. i k. jeneralne wojskowe Gubernium – wojskowym komisarzem rządowym dla miasta Lublina c. i k. Majora Maryana Burzmińskiego, polecając mu powoływanie do współpracownictwa w sprawach zarządu miejskiego, rady przybocznej, komitetu ratunkowego, specjalnych wydziałów i wszystkich czynników miejskich. C. i k. jeneralny Zarząd wojskowy dąży szczególniej do wzbudzenia w ludności miasta przeświadczenia, że Zarząd wojskowy zgodnie z intencją Najwyższego Władcy, Jego Cesarskiej i Królewskiej Mości, jak we wszystkich zarządzeniach tak również i w tem, ma na celu tylko dobro ludności, oraz ochranianie i popieranie interesów jej w rozmiarach na jakie zezwalają stosunki wojenne (…).

Zastanawiałem się, jakim wojskowym komisarzem miasta Lublina mógł być Marian Burzmiński, ówczesny major? Na moje pytanie odpowiedział nieoczekiwanie sam Burzmiński, gdy przeglądałem gazetę z 29 grudnia 1916 r., nr 642 „Ziemi Lubelskiej”, w której kierował słowa do radnych Lublina: Zagajając dzisiejsze pierwsze posiedzenie pierwszej Rady Miejskiej Miasta Lublina, witam szanownych Panów jako świeżą wolę Lubelskiego społeczeństwa obranych Członków tejże Rady. Zadania jakie Panów czekają są liczne i doniosłe, warunki pracy niełatwe a tem trudniejsze, że miasto nie ma żadnych zasobów, źródła dochodów są bardzo nieobfite, a budżet miasta obraca się w najskromniejszych granicach. Mimo to, przy niewątpliwej woli Członków Rady, przy gorliwej pracy i doświadczeniu, opartemu na znajomości warunków lokalnych – nie wątpię, że zadania będą pokonane a pierwsza Rada zapisze się w dziejach miasta jako epoka w jego rozwoju, złotemi zgłoskami. Rada ta dozna pełnego poparcia tak ze strony społeczeństwa, jak i ze strony władz, które oparły zadania miasta i prace jego organów na jak najszerszym samorządzie. Zapewniając, że starałem się według najlepszych sił i najlepszej woli przygotować Panów pod każdym względem teren do pracy, życzę Panom z całego serca najobfitszych skutków tej pracy.

O szlachetności Mariana Burzmińskiego niech poświadczy choćby fakt, że z własnych funduszy ufundował dla miasta Lublina pierwszą konną karetkę pogotowia w 1917 r. (kareta wykonana w Wiedniu, na chrzcie otrzymała imię „Lublinianka”, służyła społeczeństwu aż do roku 1937!). Pogotowie ratunkowe w Lublinie Burzmiński utrzymywał z własnych pieniędzy do roku 1920, siedzibą pogotowia był magistrat.

Zanim w 1920 r. Burzmiński przeniósł się do Gniezna i przyjmował z honorami Prezydenta RP należy odnotować, że działał także na Śląsku Cieszyńskim, gdzie był dowódcą kadry od grudnia 1919 r. do lipca 1920 r. Jeszcze w 1919 r. był podpułkownikiem, co potwierdzają dokumenty zawarte w „Sprawozdaniu z czynności Oficerskiego Trybunału Orzekającego”, które obecnie przechowuje Instytut Józefa Piłsudskiego w Ameryce (zespół: Adiutantura Generalna Naczelnego Wodza, teczka: lipiec-listopad 1919).

Samego Piłsudskiego Burzmiński fetował w Lublinie jeszcze w listopadzie 1916 r., co wspomina gazeta „Ziemia Lubelska” w nr 591: (…) Pułk 6ty przyjechał do Lublina dziś o świcie; na dworcu powitał go oficer Legionów Polskich, kap. Baczyński oraz w imieniu władz rządowych komisarz maj. Burzmiński. (…) gdy pułk przechodził koło hotelu „Wiktoria” na balkonie ukazał się bryg. Piłsudski, którego powitano okrzykami.

W 1920 r. zgodnie z dekretem Naczelnego Wodza L. 2239 z dnia 30 lipca Burzmiński otrzymał awans (w tym samym dekrecie Edward Rydz-Śmigły (1886-1941) został dowódcą Frontu na Ukrainie). Dekretem Naczelnego Wodza L. 2297 z dnia 30 września 1920 r. zatwierdzono Burzmińskiemu stopień pułkownika (12 p. p.).

Gdy 1 maja 1920 r. Prezydent RP odwiedził Gniezno, Burzmiński był wśród głównych witających. Te wydarzenia zrelacjonowała „Rzeczpospolita”, rok V, nr 120, na pierwszej stronie: (…) Na dworcu gnieźnieńskim oczekiwali przybycia p. Prezydenta przedstawiciele władz samorządowych, miejskich, okolicznego obywatelstwa i wojskowości z p. starostą Łyskowskim na czele. Prócz tego na dworzec przybyli inspektorzy armii: gen. Sikorski, gen. Toczek, płk. Burzmiński, ks. infułat Laubitz, prezydent Izby Handlowo-Przemysłowej w Bydgoszczy, p. Kasprowicz, burmistrz m. Gniezna, p. Henzel, Prezes Sądu Okręgowego, mec. Karpiński, prezes Związku Powstańców i Wojaków, płk. Rez. Śliwiński i wielu innych. Z pań znajdowały się na peronie pp. Szafarkiewiczowa, Burzmińska i Łyskowska. W chwili wjeżdżania pociągu wiozącego p. Prezydenta z rodziną, orkiestra wojskowa i kolejowa ustawiona na dworcu odegrały „Hymn Narodowy”.

Pułkownik był od 1 czerwca 1922 r. do marca 1927 r. (gdy przeszedł w stan spoczynku) dowódcą 17 Wielkopolskiej Dywizji Piechoty. Jedna z pamiątkowych płyt poświęcona 17 WDP znajduje się w kościele garnizonowym w Londynie.

W tym miejscu zwracam się o pomoc w ocaleniu miejsca pochówku pułkownika Mariana Burzmińskiego. Być może Mieszkańcy Gniezna ocalą grób żołnierza II Rzeczypospolitej.

Inaczej, za 2-3 lata będzie w tym miejscu Gnieźnieński „Grób Nieznanego Żołnierza”.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.