http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Poeta w gnieźnieńskiej „psychuszce”

Wyróżniony Poeta w gnieźnieńskiej „psychuszce”

„Psychuszką” nazywano zakład dla psychicznie i nerwowo chorych, w którym osadzano w czasach ZSSR przeciwników politycznych, głównie dysydentów i pisarzy. W ramach represji oponentów ówczesnej władzy komunistycznej przymusowo „leczono” psychiatrycznie w więzieniu-szpitalu, praktyki te u Sowietów nasiliły się w latach 50. XX wieku. Mało kto dziś pamięta, że również w gnieźnieńskiej Dziekance przetrzymywany był wbrew własnej woli jeden z ważniejszych polskich poetów, którego komuniści zniszczyli i wymazali z kanonu literatury.


Przed wojną sądzono, że poeta stanie w szeregi największych polskich liryków, wszystko na to wskazywało. Za debiut otrzymał nagrodę „Wiadomości Literackich”, której w klimacie skandalu nie przyjął. Pomimo młodego wieku otrzymał także najwyższe polskie laury – Wawrzyn Akademicki Polskiej Akademii Literatury. Niestety, za krytykę komunistów przypłacił złamanym życiorysem i zapomnieniem.

Kim był? Wojciech Bąk (1907-1961) - poeta, dramaturg, publicysta, w dodatku wybitny, większość jego prac i ocen względem sztuki nie straciło na znaczeniu. Ukończył filologię polską i filozofię na Uniwersytecie Poznańskim. Gdy w 1937 r. Teatr Polski w Poznaniu wystawił jego sztukę „Protest”, krytyka wieściła wielką przyszłość literata, który już w tym okresie był autorem kilku książek poetyckich.

Po II wojnie wydawało się, że wróci normalność w kulturze i w życiu samego pisarza, jeszcze w 1947 r. Teatr Nowy wystawił jego dzieło „Sługa Don Kichota”, a sam Wojciech Bąk jako redaktor naczelny w latach 1945-1947 redagował z Jarosławem Iwaszkiewiczem „Życie Literackie”. W tym samym czasie poeta był prezesem poznańskiego oddziału Związku Literatów Polskich. Bąk nawet otrzymał prestiżowe nagrody i wyróżnienia, jak choćby Nagrodę m. Poznania czy Episkopatu Polskiego (to były jeszcze te czasy, w których Kościół dbał należycie o kulturę).

Ale katastrofa nadciągała nieubłaganie, wraz ze Zjazdem Szczecińskim ZLP w 1949 r., gdy literaturę definitywnie podporządkowano radzieckim wzorcom. Na kolejnym zjeździe, w Warszawie, ponoć Bąk miał zostać wyrzucony z sali za próbę wygłoszenia antysemickiego odczytu, po czym, i tu znowu ponoć, miał popełnić samobójstwo. Nie wiadomo ile w tych ówczesnych środowiskowych sensacyjkach prawdy, a ile czarnej propagandy (lub pijaru, jak kto woli).

Prawdą natomiast pozostaje, że nieufna postawa Wojciecha Bąka wobec stalinowskiego reżimu, otwarta krytyka, którą postrzegano jako „wrogą agitację”, została brutalnie przez ówczesną władzę spacyfikowana.

Po incydencie na zjeździe warszawskim pierwszy raz został zamknięty na pół roku w szpitalu psychiatrycznym, gdzie bity, jak wspomina Dobrochna Ratajczakowa, podupadł na zdrowiu.

Poeta, jakby przeczuwając nadchodzące większe zło, starał się jeszcze w 1952 r. pisać listy do Bieruta i Stalina. Chciał z Polski wyjechać. Wbrew pozorom owe listy przyczyniły się do życiowych problemów poety, bowiem Bąk bez ceregieli krytykował cenzurę i brak wolności słowa, która: „uniemożliwia wszelką swobodną działalność pisarską. Starałem się zawsze być uczciwym pisarzem i w żadnym okresie nie godziłem się na uleganie dyktandu administracji, uważając taki sposób postępowania za wyraz deprawacji pisarskiej, fatalny w skutkach dla samego pisarza, a całkowicie zgubny dla sztuki. (…) Ani tutaj nie mogę rozwinąć normalnej działalności literackiej, ani też czuć się swobodnie. Szkoda z powodu mego wyjazdu nie stanie się dla Państwa żadna, gdyż nic prócz rękopisów nie zamierzam zabrać ze sobą (...)”.     

18 maja 1952 r. poeta został ponownie zatrzymany i zamknięty w szpitalu psychiatrycznym na gnieźnieńskiej Dziekance.

Dobrochna Ratajczakowa opisuje ten najtrudniejszy okres w życiu Wojciecha Bąka: „W wyniku enuncjacji i uznawanych za antyustrojowe zachowań poety zamkniętego – zdrowego na umyśle – w zakładzie psychiatrycznym, wśród ludzi psychicznie chorych. Przejmującym świadectwem tych lat jest cykl wierszy >>Śpiew ponad obłędem<<. Do szpitala dla obłąkanych w Gnieźnie wrócił raz jeszcze w 1956 roku. To jedyny znany mi przypadek zamknięcia polskiego poety w „psychuszce”. Jego depresje, samotność, milczenie, poczucie beznadziei, osaczenia i wszechobecnej inwigilacji – stały się konsekwencją tego działania. Jeszcze w 1960 roku znalazł się (za poglądy) na przeszło dwa miesiące w więzieniu. (…) Większa część jego dorobku pozostała niewydana, pisana do szuflady”.

Dzisiaj chciałbym podzielić się z Państwem moim ulubionym wierszem z Wojciecha Bąka, z wciąż żywym, niestety, memento:

        Często myślę o grobach

        Często myślę o grobach. Jak słodko nie wiedzieć,
        Nie słyszeć, nie czuć, ani już dotykać ręką
        Tej hańby, która w wieców wybucha bezwstydzie
        I drwi nad udręczonej mojej ziemi męką.

        Szaleją obłąkani – pastwą ich są zdrowi.
        I nieraz patrząc w oczy zdrowych zazdrość czytam
        Pokrewną mej zazdrości do tych, co grobowi
        Oddali się – nie mając już pragnień i pytań...   


Zadziwiające, że nawet dzisiejsza, wolna III Rzeczypospolita skazała Wojciecha Bąka na kulturową banicję, że nikt dotychczas nie zrehabilitował poety choćby pośmiertnym odznaczeniem państwowym.

I raczej dzisiaj nikt nie zapyta: a może Polska to wciąż jedna wielka „psychuszka”?
Więcej w tej kategorii: « Zaskoczenie... Co nam wolno »

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.