http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Legła Warszawa

Wyróżniony Legła Warszawa

Meczu Borussia – Legia nie oglądałem, bo w tym samym czasie na innym z kanałów nieśmiertelny porucznik Columbo właśnie tropił groźnego i podstępnego mordercę. Zresztą, o ile Borussii – przez sentyment do Lewandowskiego, Błaszczykowskiego i Piszczka – jeszcze trochę kibicuję, to warszawskiej drużyny autentycznie i szczerze nie cierpię.


Nie lubię Legii od wczesnej młodości, kiedy to w majestacie prawa (za darmo!) podkradała innym klubom najlepszych zawodników, powołując ich do... służby wojskowej. Starsi kibice Kolejorza z pewnością pamiętają przypadek Jarosława Araszkiewicza (i nie tylko jego!), ówczesnego czołowego snajpera Lecha, który ni stąd, ni zowąd otrzymał wezwanie do wojska, po czym na 2 lata wylądował w warszawskim CWKS-ie. Młodsi z kolei aż nadto dobrze znają przypadek Kaspera Hämäläinena, który także znalazł się w Legii, ale wcale nie dlatego, żeby „wojskowych” wzmocnić, ale dlatego, żeby osłabić najgroźniejszego rywala warszawian, czyli Lecha. Z kolei fakt, że Araś trafił do „ległej” z powodu wojskowego rozkazu, a  Hämäläinen  za przyczyną pokaźnej paczki banknotów o najwyższym nominale, nie ma tutaj żadnego znaczenia, bo zarówno cel jak i mechanizmy działania tak naprawdę pozostają przecież ciągle takie same – wzmacniamy się, nieważne jak, kosztem najgroźniejszych rywali.

Nie to jednak jest najgorsze, bo grzechem głównym Legii – jak przed laty, tak i teraz – jest pycha! Niczym nie uzasadnione i nieuprawnione przekonanie o własnej wyższości, nieustannie potwierdzane przez warszawskie środowisko dziennikarzy sportowych oraz „działaczy”, tylko dlatego, że jest się „ze stolycy”. Najgorsze jednak jest to, że w ślad za owym przekonaniem idą niecne czyny, pewne „działania”, w efekcie których – w meczach na szczycie, choć nie tylko – legioniści zdobywają bramki rękoma, sędziowie nie widzą ewidentnych spalonych, a rzuty karne trafiają się warszawianom zdecydowanie częściej, niż ziarno ślepej kurze. W Poznaniu, Krakowie, Gdańsku czy Łodzi wie o tym każde dziecko, w Warszawie oczywiście
 nikt! Przykłady takie można by mnożyć w nieskończoność, tylko po co, skoro od dziesięcioleci i tak nic się nie zmienia.

Tak czy siak, nie lubię Legii, nie kibicuję tej drużynie, a jak już, to kibicuję przeciwnikom „wojskowych”, co daje mi pewną satysfakcję i jest swego rodzaju ekspiacją za niegodne zachowania i czyny działaczy i piłkarzy z Łazienkowskiej. I jeszcze jedno, czcze gadanie o patriotyzmie, honorze i reprezentowaniu polskiej ligi albo i całej polskiej piłki nożnej, puszczam mimo uszu, bo zbyt wiele „legijnych” grzechów widziałem i zbyt mocno utkwiły one w mojej świadomości...
 
Z największą radością rzuciłem się więc jeszcze we wtorkową noc w otchłań Internetu, by poznać najświeższe (prosto od krowy) komentarze po kolejnym blamażu warszawskich piłkarzy. Wcześniej jednak upewniłem się, że obie drużyny na pewno rozgrywały mecz piłkarski, a nie hokejowy (8:4).

Nic zatem dziwnego, że pierwszy mem, jaki ujrzałem, informował o tym, iż Ministerstwo Edukacji Narodowej wykupiło prawa do meczu Borussia – Legia, ponieważ będzie przy jego pomocy uczyło dzieci z klas I – III dodawania w zakresie od 1 do 10. Ponoć też szatnia legionistów zaraz po meczu została dokładnie przeszukana przez niemiecką policję, która koniecznie chciała dowiedzieć się, co legioniści palili przed wyjściem na murawę. Okazało się w końcu, że warszawscy piłkarze nic nie palili, nic nie wąchali i nic nie brali, że oni po prostu już tacy są.

Jedno jest pewne, Legia Warszawa właśnie przechodzi do historii, „wojskowi” są pierwszą i jak dotąd jedyną drużyną, która w rozgrywkach Ligi Mistrzów straciła 3 gole w ciągu pierwszych 17 minut. Jak to obrazowo skomentował pewien sympatyczny internetowy troll „Tylu bramek to my nie strzelaliśmy nawet w szkole, na wuefie”.

Wydaje się też, że dominującym odczuciem, towarzyszącym wtorkowemu dortmundzko – warszawskiemu pojedynkowi było zdziwienie. Niemcy dziwili się, jakim cudem Zlatan gra w Warszawie. Kibice dziwili się, że można wyjść na chwilę do kuchni i przegapić 7 bramek, a wszyscy sceptycy, którzy myśleli, że widzieli już naprawdę wszystko i, że nic nie jest ich w stanie zaskoczyć, nagle zobaczyli Kucharczyka strzelającego bramkę w Lidze Mistrzów. Najbardziej zdziwione były jednak żony legionistów, kiedy pytały bowiem swoich mężów, o której wrócą do domu, ci zgodnie odpowiadali, że... po ósmej!

To może na razie wystarczy napawania się leżącym półprzytomnym i sponiewieranym przeciwnikiem, a na osłodę spróbujmy zabawić się w stołecznych komentatorów. Jak też oni zatytułują jutrzejsze sprawozdania z meczu Borussia – Legia? Dokładnie oczywiście nie wiadomo, ale raczej będzie to coś w stylu: „To było bardzo dobre spotkanie, tylko zabrakło  szczęścia.” „Nic się nie stało, oszczędzamy siły na ekstraklasę.”  „Legia prawie zremisowała z Borussią.”

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.