Skąd nasz ród?

Wyróżniony Skąd nasz ród?

Jeśli istniał naprawdę, był polskim Mojżeszem, wyruszył w niebezpieczną wędrówkę z ludem, po szczęśliwszą Ziemię Obiecaną, którą później nazwano Lechią, i nawet dzisiaj, u współczesnych potomków Persów Polska nazywana jest jeszcze Lechistanem, czyli „Państwem Lechitów”. Również Węgrzy, starożytny naród, wciąż Polskę nazywają Lengyel lub Lengyelország, co dosłownie znaczy „Państwo Panów Aniołów”. Czy to prawdopodobne, aby Lech, pierwszy mityczny władca, założyciel Gniezna i protoplasta Polaków istniał naprawdę? Sukcesorami jak starej kultury europejskiej jesteśmy? Czy to  możliwe, aby synowie Prasłowian, Polacy, byli spadkobiercami najstarszej cywilizacji w Europie?


Na moment zignorujmy średniowieczne przekazy o walecznym Lechu i dziedzicach jego tronu, zlekceważmy barwne przekazy kronikarzy – Kadłubka i Długosza. Pomińmy literackość tych opowieści, towarzyszące im mity i legendy o imperium. Czy jednak w ostatnim czasie zmieniło się coś istotnego, coś, co sprawiłoby, że nasze słowiańskie dzieje musielibyśmy interpretować na nowo, w nieco szerszym (starszym) kontekście kulturowym i historycznym? Może okazać się, że tak. Dlatego oddajmy głos dyscyplinom naukowym, których odkrycia w ostatnim czasie trudno przemilczeć: genetyce, peleolingwistyce i archeologii.

W debacie historycznej od lat trwa spór między zwolennikami teorii allochtonicznej (Słowianie przywędrowali „skądś” do Europy w ramach gigantycznej „wędrówki ludów” ok. VI w. n.e. – ten azymut obowiązuje jeszcze w zachodniej nauce jako pewnik) oraz autochtonicznej (Słowianie zajmowali terytorium, niemalże 2/3 Europy, od tysięcy lat stanowiąc ludność autochtoniczną – ten trop etnosu słowiańskiego propagował m.in. gnieźnianin, wybitny archeolog, prof. Józef Kostrzewski [1885-1969]). Najnowsze badania genetyczne starożytnych Europejczyków rzucają nowe światło na dzieje kontynentu.

Wszystko za sprawą wyodrębnionej przez naukowców haplogrupy męskiej R1a, która, jak przyjmuje amerykański genetyk, Peter Underhill, pojawiła się ponad 20.000 lat p.n.e. w rejonie Bliskiego Wschodu (część badaczy przekonuje nawet, iż mogło to nastąpić dziewięć tysięcy lat wcześniej). Underhill jest zdania, że ludzie z haplogrupą R1a obecni byli w Europie Środkowej już ponad 11.000 lat temu. Oznaczałoby to, że teren dzisiejszej Polski został zasiedlony wkrótce po ustąpieniu lodowca. Tak wysoko skondensowana i nieprzerwanie trwająca przez tysiąclecia na jednym obszarze haplogrupa R1a1, którą posiada obecnie prawie 2/3 Polaków, męskich potomków starożytnych Słowian, może dowodzić, że inne ludy, jak Germanie czy Celtowie, były tutaj zaledwie gośćmi.  

Haplogrupa R1a1 (Y-DNA), przez niektórych publicystów określana nawet jako „słowiańska” lub „indo-słowiańska”, występuje najliczniej w Europie wśród współczesnych: Serbów Łużyckich (63%), Polaków (57%), Białorusinów (50%), Rosjan (46%) i Ukraińców (43%). Haplogrupę tę posiadają również mieszkańcy terenów dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów: Litwini (do 45%), Łotysze (40%) czy Estończycy (32%). Także co trzeci dzisiejszy Węgier posiada słowiańskiego przodka. Naukowcy tłumaczą to faktem, iż przed podbojem Hunów doliny panońskie licznie zasiedlone były przez Słowian.

Poza Europą najliczniej haplogrupa R1a1 występuje w Azji Środkowej wśród populacji irańskojęzycznych Iszkaszimów (aż do 68%), Kirgizów (63%), Ałtajczyków (do 53%) i Pasztunów (do 45%) oraz w północnych Indiach, szczególnie wśród najwyższych kast, które dziedziczą swój stan (podobna tradycja dziedziczenia stanu była wśród staropolskiej szlachty). Przykładowo aż 70% braminów z Bengalu Zachodniego posiada haplogrupę R1a1. Część badaczy twierdzi, że lud z tą haplogrupą przybył na tereny dzisiejszych Indii ze wschodniej Europy i dał początek językom, m.in. sanskrytowi wedyjskiemu (używany od XV do V w. p.n.e., spisano w nim wedy) oraz językowi awestyjskiemu (najstarszy zachowany język irański, w którym władano w starożytnej Persji).

Podobieństw języków słowiańskich do starożytnego sanskrytu i języka awestyjskiego doszukiwano się już w XIX w. Jako jeden z pierwszych naukowców pokrewieństwa między językiem polskim a awestyjskim badał orientalista, prof. Ignacy Pietraszewski (1796-1869), który za swoje śmiałe tezy i publikację książki na ten temat stracił w 1858 r. posadę wykładowcy w Uniwersytecie Berlińskim.

Nawet pobieżne zestawienie z sobą kilkudziesięciu słów z sanskrytu i dzisiejszej polszczyzny świadczy, iż możemy być również poprzez spuściznę języka spadkobiercami wspólnych znaczeń,  które wyrażały niegdyś określony system norm i wartości. Nie miejsce tutaj na rozważania o diachronii, niemniej wystarczy porównać kilka słów starożytnego sanskrytu ze słowami polskimi, np. z liczebnikami głównymi: dva – dwa, tri – trzy, szasz – sześć, dvadaśa – dwanaście. Liczebniki zbiorowe także wykazują podobieństwo, np. traja – troje. Nazwy członków rodziny również poświadczają o cechach wspólnego rdzenia, jak: mati – matka, bratr – brat, żani – żona. Zadziwiająco pokrewnie wypada terminologia związana z kultem lub miejscem zamieszkania, np.: Bhaga – Bóg, śivata – święty, nabhas – niebo, raji – raj, dam – dom czy agni – ogień. Bez wątpienia ówczesne społeczeństwo tworzyło rozwiniętą cywilizację, bowiem już wtedy w języku funkcjonowało fundamentalne określenie, wartość kluczowa dla każdej wysokiej kultury – wiedza. W starożytnym sanskrycie to... veda. Posługiwano się także intrygującym etymologicznie pojęciem prawdy – prawda to para veda – czyli „prawda”, której źródłem jest „pra-wiedza”, coś najwcześniejszego, mającego pierwszeństwo przed późniejszą interpretacją zmieniającą nierzadko sens w kłamstwo, łgarstwo. I jakież musiało być niegdyś przywiązanie do prawdy, co również mentalnie dziedziczyliśmy nawet w staropolszczyźnie, gdy zamiast czasownika mówić posługiwano się znanym jeszcze dzisiaj: prawić. Zatem drzewiej prawiono, czyli prawdę zaświadczano ustnie, w słowie, a tych, którym prawd odmówiono, tych odprawiono, a ci, co byli w prawdzie, byli prawi, wybierani do tworzenia praw. I jakże piękną pamiątką jest pierwszy człon, cząstka pra-, który <<określa coś bardzo dawnego, dawno minionego, także dalekiego przodka...>>. Są to już rozważania natury etnolingwistyki, gdy język traktujemy jako środek prezentujący dorobek kulturowy danej wspólnoty – na jej tle języki słowiańskie należą do jednych z bardziej złożonych w świecie, czemu zbytnio nie należy się dziwić, skoro rozwijane są przez tysiąclecia.

Podobnie twierdzi jeden z najsłynniejszych paleolingwistów, prof. Mario Alinei, który uważa, że żywioł słowiański kształtuje się nieprzerwanie w Europie co najmniej od późnego paleolitu i jest współtwórcą na przestrzeni tysiącleci wielu kultur. Prof. Alinei jest autorem teorii paleolitycznej ciągłości i twierdzi, że słowiański charakter miały już najstarsze kultury europejskie, jak naddunajska kultura starczewska (od połowy VI tyś p.n.e.), Vinča (od ok. połowy V do ok. IV tyś p.n.e., kultura ta zdaniem niektórych badaczy miała stworzyć najstarsze pismo świata) oraz kultura ceramiki promienistej (od połowy IV do połowy III tysiąclecia p.n.e.).

Sarkastyczne poglądy o prymitywności kultur które przed tysiącami lat zamieszkiwały tereny dzisiejszej Polski nawet współcześnie dominują jeszcze jako stereotyp w Zachodniej Europie, głównie dzięki pruskiej propagandzie generowanej na przełomie XIX i XX w. Przecież pradawni mieszkańcy tych ziem koła nie wymyślili, prawda? Wymyślili?

W świecie nauki wiele zmieniło się w 1976 r., po wykopaliskach w Bronocicach (ok. 50 km na wschód od Krakowa), które prowadził prof. Janusz Kruk z krakowskiego oddziału Instytutu Archeologii i Etnologii Polskiej Akademii Nauk oraz Sarunas Milisauskas ze State University of New York z Buffalo. W Bronocicach odkryto m.in. wazę datowaną na lata 3635-3370 p.n.e. Waza ceramiczna posiada rysunek, który interpretowany jest jako najstarszy znany w historii ludzkości dowód używania... pojazdu kołowego. W Bronocicach znaleziono również rogi turów z otarciami, które sugerują, iż niegdyś były one obwiązane sznurem tworzącym prawdopodobnie jarzmo przyrożne, niezbędne do zaprzęgania wozów.

Prehistoryczny ornament na wazie z Bronocic przedstawia pięć wozów z dyszlem dla zwierząt pociągowych oraz drzewo, rzekę i rodzaj „planu wioski”. Najstarszy zachowany wizerunek pojazdu kołowego na świecie może być dowodem, iż starożytni mieszkańcy tych ziem byli prekursorami transportu lądowego w Europie. Dzięki wozom zaprzężonym w tura/y można było przemieszczać na znaczne odległości jednorazowo towary rzemieślnicze, żywnościowe lub surowce naturalne, co znacznie rozwinęło handel w tamtych czas. Transport kołowy zrewolucjonizował ówczesną gospodarkę europejską i można zaryzykować twierdzenie, że dzięki wozom zaczęła się ekspansja kupiectwa poprzez łatwiejszą, szybszą  i tańszą wymianę towarów oraz usług, które odtąd zaczęły docierać w miejsca oddalone od głównych szlaków rzecznych. Udowodniony przez współczesnych naukowców stan faktyczny, określający owe wozy z Bronocic najstarszymi przedstawieniami pojazdów kołowych w historii (starszymi nawet od kultury sumeryjskiej) – klasyfikuje rodzimą kulturę niezwykle wysoko.

Waza z Bronocic zdradza również inną tajemnicę – wizerunek topografii terenu przetworzonego przez człowieka. Nawet jeśli to tylko artystyczna wizja autora zdobienia glinianego naczynia sprzed ponad 5000 lat, ilustrująca w perspektywie widzianej z góry rzekę, las i symetryczne areały obsianych pól, rzut ten jest pierwszą pramatką wszystkich map.

Podobną sensację archeologiczną wzbudziło niedawne odkrycie w Maszkowicach (dolina Dunajca, na południe od Nowego Sącza) wzniesionej ponad cztery tysiące lat temu murowanej warowni, o murze obronnym liczącym ok. 150 m długości, budowli starszej, jak twierdzi dr hab. Marcin Przybyła, o 300 lat od pałacu w Mykenach. Fortyfikacja zamieszkana była przez niespełna pół tysiąca lat, przez ludność mówiącą językiem indoeuropejskim. W 2011 r. archeolodzy znaleźli na terenie wykopaliska fragment stylizowanej figurki ludzkiej. Ten typ figurek był masowo produkowany tylko w dwóch miejscach – na terenach północnobałkańskich oraz w Grecji mykeńskiej.

Należy jak najszybciej stworzyć przy Polskiej Akademii Nauk lub Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego prekursorski w skali Europy Polski Instytut Archeogenetyki, którego pracownicy przy ważniejszych wykopaliskach analizowaliby, jeśli zachowałby się materiał ludzkiego DNA, haplogrupę dawnych mieszkańców badanego stanowiska. Zapewne archeogenetyka pomogłaby uzupełnić znacząco wiedzę o naszej przeszłości, a archeogenetycy, jak podejrzewam, dostarczyliby jeszcze wielu przełomowych odkryć. Powołanie Instytutu Archeogenetyki powinno być jednym z priorytetów współczesnej nauki polskiej.

Po przodkach odziedziczyliśmy nie tylko kulturę materialną, ale także cechy charakteru, ową „słowiańską duszę”, rzewnie mitologizowaną przez literaturę piękną. Również i my, współcześni, otrzymaliśmy w spadku przeszłości tysiąclecia osobistych i zbiorowych doświadczeń, zwycięstw lub porażek naszych poprzedników, które przełożyły się na coś, co od ponad tysiąca lat świadomie zwiemy mentalnością polską, nieustannie ewoluującą, wzbogacaną przez codzienność.  

Słowackie powiedzenie o Polakach brzmi: gdzie dwóch Polaków się zejdzie, w trzy strony się rozejdzie. Upraszczając: gdzie dwóch Polaków, tam trzy partie. Dla jednych to cecha dziedziczna narodowej skłonności do kłócenia się i swarzenia, dla innych argument niespotykanej w świecie umiejętności kreacji, innowacyjności, szukania alternatyw w sytuacjach skomplikowanych. Od dekad, na tej samej opozycyjności, uproszczonej narracji dla mas, budujemy co najmniej dwie obok siebie, konkurujące z sobą, polskości.

Ale jednego nam w tym szaleństwie dziejowym trudno odmówić – nietzscheańskiego instynktu, który dla reszty Europy jest irracjonalny, niemalże niemożliwy do zrozumienia i akceptacji. Jak choćby – garstka walczących porywa się na niewykonalne z logicznego punktu widzenia zadanie, rok 1610, bitwa pod Kłuszynem z Moskalami – 14. lub 18. krotna przewaga sił wroga – zwycięstwo, rok 1621, bitwa pod Chocimiem z Turkami – 16. krotna przewaga sił wroga – zwycięstwo, czy chociażby zapomniane starcie pod Kutyszczami w 1660 roku, gdy 140. polskich kawalerzystów bez strat własnych rozgromiło wojsko liczące prawie 3500 żołnierzy (jeden pułk jazdy rosyjskich rajtarów i jeden pułk piechoty kozackiej).

„Fenomen polskiego instynktu” wysoko oceniał, pochodzący ponoć z szlacheckiego rodu Nickich, wspomniany niemiecki filozof i poeta Fryderyk Nietzsche (1844-1900). Nietzsche, choć krytycznie nastawiony do religii i zachodniej kultury, w 1888 roku w liście do Mety von Salis deklarował: Dziękuję niebu, że ze wszystkich swoich instynktów pozostałem Polakiem. Ciekawe, jakby dziś filozof odniósł się do opinii, iż „polskość to nienormalność”? Jeśli Polacy są rzeczywiście nienormalni (czyt. nieprzystający do neolibertyńskiej postnowoczesności), co zatem mają powiedzieć o sobie Niemcy po zbrodniach z okresu II wojny światowej, czym jest obecna niemieckość po największym ludobójstwie, w czasach handlu pamięcią i winą?

Gniezno, bezpieczne „gniazdo przodków” sprzed tysięcy lat, najstarszy ośrodek kultury słowiańskiej na terenie dzisiejszej Polski, wciąż czeka na odkrycie. Do tradycji rodowego gniazda-początku nawiązali Piastowie budując swoje Gniezno, które znamy z średniowiecznych przekazów, gdy ongiś przybywali do stołecznego grodu znamienici mieszkańcy ówczesnej Europy – słynny biskup Pragi lub imperator, młody cesarz Otton III – może nawet mieli okazję osobiście przysłuchiwać się na monarszym dworze dawnym pieśniom o mężnych władcach tych ziem, śpiewanym przez polańskich wojów po sutej biesiadzie.

Jednej z literackich reinterpretacji legendy o Lechu i założeniu Gniezna podjął się w czasach nowożytnych Jan Paweł Woronicz (1757-1829). Poecie, do którego jeszcze wrócimy, wybaczmy na chwilę lojalistyczne listy do cara Rosji, które usprawiedliwić wypada jedynie autentyczną nadzieją Woronicza na zeuropeizowanie Słowian azjatyckiego pogranicza i możliwą, kiedyś, wspólną integrację. Historia jednak, na wielu przykładach, uczy nas, że potęgą imperiów nie jest ilość posiadanej ziemi, lecz ilość posiadanych obywateli, którzy za cenę własnego życia potrafią chronić słabszych od siebie. Mentalność jednostek, pochodna empatii kulturowej, jest wartością przesądzającą nie tylko o tożsamości danego społeczeństwa i jej historycznej trwałości, ale przede wszystkim jest wartością, która winna umacniać najważniejszy etos – wolność. Ten etos dziedziczą Polacy co najmniej od czasów złotej wolności szlacheckiej, która stworzyła unikalną w dziejach świata kulturę nawiązującą do czasów starożytnych Sarmatów, ludu, który władać miał potężnym terytorium między Wisłą a Donem, graniczącym od północy z Oceanem Sarmackim (Bałtykiem). Geograf greckiego pochodzenia, Ptolemeusz (ok. 100 – ok. 168 n.e.), nazywał ten obszar Sarmacją.

Dopiero niedawno badaczka Ornella Semino pierwsza wykazała związek haplogrupy R1a1 z kurhanowcami – ich potomkowie to Scytowie i potem Sarmaci – którzy posługiwali się wczesnym językiem indoeuropejskim i oswoili konie, dzięki czemu rozprzestrzenili haplogrupę R1a1 po Europie i Azji.

Wyidealizowany obraz starożytnej przeszłości w okresie I Rzeczypospolitej, owa legendarna sarmackość, która legitymizowała przywileje i prawa staropolskiej szlachty wobec króla i ludu, przybierała realnych kształtów w sztuce, orientalnej modzie czy nawet etyce, stąd ówczesne przeświadczenie potomków Lecha o dziejowym posłannictwie wśród chrześcijańskich narodów, o byciu przedmurzem zachodniej cywilizacji, o byciu ostatnim bastionem, ostoją i niezdobytą twierdzą, gwarantującą wolność religijną nie tylko samym Polakom, ale również będącym w ich granicach Rusinom, Białorusinom, Ukraińcom, Tatarom, Ormianom, Karaimom, Żydom czy innym nacjom. Mówimy tutaj o mocarstwie, którego powierzchnia w szczytowym momencie liczyła 990.000 km², niemalże tyle samo, co imperium Karola Wielkiego. Tylko dzięki wspólnej determinacji Polaków możliwe było w XVII w. zatrzymanie militarnej potęgi Imperium Osmańskiego za czasów króla Jana III Sobieskiego i ocalenie Zachodniej Europy.

Etosu wolności wobec własnych obywateli i sąsiadów zabrakło zarówno carskiej Rosji w XIX wieku, jak i sowieckiej Rosji wiek później. I tutaj również pozwolę sobie na pytanie – co zatem mają powiedzieć o sobie Rosjanie po zbrodniach z okresu komunizmu, czym jest obecna rosyjskość w czasach handlu pamięcią i winą?

Jan Paweł Woronicz swój niedokończony poemat o Lechu i jego rycerzach odczytał publicznie 15 maja 1807 r. w warszawskim Towarzystwie Przyjaciół Nauk. Był to szczególny okres nadziei dla wszystkich Polaków, w którym Piastowskie Gniezno ponownie stało się symbolem odradzania państwowości, gdy dawny wojewoda gnieźnieński, Józef Radzimiński (zm. 1820) podpisał słynny uniwersał na ostatnie w polskich dziejach pospolite ruszenie szlachty, a w Grodzie Lecha powołano 1 pułk piechoty, którego formowanie wspomagał m.in. poeta legionowy, kpt. adiutant Cyprian Godebski (1765-1809). Kronikarz zrywu niepodległościowego notował: Gdy grom potrójny w Lecha uderzył siedlisko / Zamieniając gmach pyszny w gruzów zwalisko – (…) Polak równie, wśród losów nieszczęsnych kolei, / Chciał się jeszcze ratować na łódce nadziei... Wydarzenia te znane są szerzej jako Powstanie Wielkopolskie z 1806 roku, dzięki któremu rok później wywalczono Księstwo Warszawskie, krótkotrwały byt polityczny uzależniony od napoleońskiej Francji.

Na początku XIX w. żegnano cienie I Rzeczypospolitej i jej jasno zdefiniowaną wolność obywateli, o której wspomniany Józef Radzimiński, jako sędzia ziemski i poseł z województwa gnieźnieńskiego, jeszcze na sesji sejmowej 12 marca 1789 r. przed królem i stanami przypominał publicznie, iż źródłem szczęśliwości każdego mieszkańca jest, gdy się znajduje w takim kraju, gdzie bezpiecznym swojej własności, a zatem prawdziwie wolnym zostaje.

Woronicz prezentując swoją Lechiadę, której tematem jest również tradycja wolnościowa, zwrócił się aluzyjnie do ówczesnej, mocno zantagonizowanej klasy politycznej, aby dobrem najwyższym była dla nich zawsze suwerenna przyszłość Polaków, której strażnikami są pamięć o polskich dziejach oraz umiłowanie do niezłomności i samostanowienia: (…) to doświadczenie za dni naszych, i na nas samych spełnione, będzie w najodleglejszej potomności ciągłą nauką i podaniem, że ten tylko naród wiecznie umiera, który ducha narodowości swojej ocalić nie umie (…) nie czas obecny piędzią korzystną przemierzać, ale przyszłym wiekom i pokoleniom chlubniejszego bytu ciągłe pasmo uprzędzać, do takiego bohaterstwa trzeba być z rodu owych Polaków niezłomnej duszy i karku niezgiętego, którzy przed kilku wiekami żyjąc, nas obecnych przed sobą widzieli.

Gdy z historii nie czyniliśmy pożytku, doraźną lekcję pokory dawała nam statystyka poległych...

Na koniec posłuchajmy pieśni poety napiętnowanego przez XVIII w. – Jana Pawła Woronicza – o mitycznym świecie dawnych Lechitów, o rodzie, „który patrzał na kolebkę świata”, dzięki któremu „Żyjem ich duchem i cnoty i sławy”.
 

LECH
Poema historyczne
w III. pieśniach
(fragmenty)

I
ZAŁOŻENIE GNIEZNA

Wstęp

    Niepożyci wiekami sławiańscy Lachowie!
    Szerokowładnych w świecie Sarmatów wnukowie,
    Godni w samych zwaliskach litości i cześci!
    Posłuchajcie o Lechu starożytnej wieści:
    Jako do was z Kroackiej przyszedłszy ziemicy,
    Dał wam imię i mury pierwszej wzniósł stolicy;
    A wspólnej krwi heneckiej żeniąc z wami szczątek,
    Lackiej gałęzi Sławian zaszczepił początek:
    Która krocie lat groźnym władała Arkturem,
    Resztę świata grodziła własnym piersi murem;
    Potem ślepym podkopem niewdzięcznie zwątlona,
    Powódź nieszczęść wylała z rozdartego łona. –
    Sławo! stare bożyszcze sławiańskiego rodu,
    Rozświeć zamierzchłe dzieje północy i wschodu;
    I wdzięcznym odmłódź kwieciem te podania święte,
    Synowską pierworodzców naszych czcią natchnięte:
    By ten ród, który patrzał na kolebkę świata,
    Uczuł swą zdolność zwalczyć reszty wieków lata!


PRZYBYCIE LECHA
I ZAŁOŻENIE GNIEZNA

Pieśń I

    Gdzie niegdy w gruzach legła miast heneckich głowa;
        Lemizoletu starego budowa,
    Stał kościół, Wandalitów ramieniem dźwigniony,
        Gromowładnemu Jessie poświęcony.
    Otaczał go poślubny Nimfom gaj dębowy,
        Orlego rodu przytułek gniazdowy.
    Tam lud zbiegły niósł bogom z ofiarami modły,
        Aby się jego poselstwa powiodły;
    Które mu z krwi sławackiej wodza przywieźć miały,
        I zleczyć w kraju nierząd zastarzały.
    A gdy wszystkich pobożność zajmowała święta,
        I krwią pluskały ofierne bydlęta;
    Przerwał to nabożeństwo widok niespodziany,
        Zbłaganych niebios znak oczekiwany.
    Ozwał się okrzyk ludu, wzrastał tentent koni,
        Wrzawa żołnierstwa, szczęk chrapliwej broni;
    W pośród zaś tego tłoku ludów i orężów,
        Szedł do świątyni poczet obcych mężów.
    Na ich czele wódz głową wyższy i ramiony
        Wstępował pierwszy na próg poświęcony.
    Jęknął próg i zawory miedziane zadrżały,
        Za dalszym krokiem wstrząsł się kościół cały.
    Hełm stalisty na głowie kitami powiewał,
        Rudawej brody powagę rozsiewał,
    Pancerz z końskich kopytów tęgim młotem bity,
        Spojne pośrebrzał smoczą łuską nity.
    Na barkach rozłożystych sterczał lampart srogi,
        Błyszczały stalą i lędźwie i nogi.
    Kord obosieczny brzękał na spiekłym rzemieniu,
        Dziryda w ręku, puklerz na ramieniu.
    W tej postawie gdy z gronem rycerzów podobnych
        Stanął wódz wpośród przybytków ozdobnych,
    A gmin dziwem przejęty, w zalęknionym gwarze
        Niewiasty z dziećmi tulił pod ołtarze;
    Wzniósł się na wieszczy trzynóg Świętosz syn Jędzioła,
        Stuletni kapłan i rządca kościoła.
    Przy nim złożono skrzynię nikomu nieznaną,
        Tajnych pieczęci pasmem opasaną.
    On drżącą otworzył ręką tajemnice,
        Trzykroć wzniósł w niebo zbłąkane źrenice.
    Skroń tiarą jaśniała, a z wywiędłych ramion
        Powiewał szkarłat pełen świętych znamion;
    Promień światła wytryskał z uśnieżonej głowy.
        Uciszył wrzawę i rzekł temi słowy:
    - Niepożyci wiekami Sauromatów Syny!
        Którzy niniejsze oglądacie czyny;
    I wy! którzy w lat tysiąc słyszeć to będziecie:
        Opowiadajcie to samo po świecie.
    Nie poselstwa cię nasze, nie traf obłąkany
        Sprowadził do nas, Wodzu pożądany!
    Jeszcześ ty słońca nie znał, ni twoi ojcowie,
        Kiedy cię na to wybrali Bogowie.
    Już trzydzieści set razy księżyc twarz odmienił,
        I ten gaj nowem liściem zazielenił;
    Jak niegdy ulubiony bogom Alan wtóry,
        Ogrodziwszy się wandalskiemi góry,
    Szerokiej swojej władzy nad krajem objętym
        Złożył znamiona w tym kościele świętym,
    I one przychodniowi jakiemuś przekazał,
        Którego we śnie wielki Jesse wskazał.
    Wiek wiekowi podawał tę przepowiedź starą,
        Chowaną u nas milczeniem i wiarą.
    Oto przyłbica jego, w której on przed laty
        Różnoimienne zwoływał Sarmaty:
    Wenedów, Awarynów, Sulanów, Gitonów,
        Toż Arsyetów, Finnów, Burgionów,
    Strzałotrafnych Ombronów, poskocznych Saboków,
        Pencinów, Tagrów, krępych Amadoków,
    Północnych Agatyrsów, Weltów, i Sawarów,
        Przywodosiadłych Budynów, Nawarów,
    Basternów, Tyrangitów, Biessów podkrępackich,
        Zarody przyszłych pokoleń Słowackich.
    Czytaj w tym hełmie napis twojego imienia:
        >>Lechowi – ojcu Lackiego plemienia<<
    Jesteś nim – sam ten szyszak wieszczbę rozwiązuje,
        I czekanego właściciela czuje. –
    Gdy to mówił, przyłbica ogniem roziskrzała,
        Trzykroć się Lecha imieniem ozwała.  
    – Oto miecz, którym tenże Alan bogom miły,
        Stargał związkowe Alemanów siły;
    A odkroiwszy Labą do morza granice,
        Posunął późnych Sarmatów dzielnice.
    Próżno go nasz się stary Modygił napierał,
        Gdy z synem wojska na Iberów zbierał;
    I wnuk jego Gąsiorek próżno zsyłał posły,
        Aby mu święty ten oręż przyniosły;
    Kiedy potężną Rzymu wywracał budowę,
        I w stepach Afrów szczepił państwa nowe.
    Ciebie ta po Alanie czekała spuścizna.
        I przeznaczona od bogów Ojczyzna.
    I wyroki niezmienne – u nich lat tysiące,
        Jednym dniem liczą roki i miesiące;
    A co oni uradzą wśród wiecznych podwoi,
        Choćby świat upadł – ich wyrok ostoi.
    Na te słowa gdy Bogom niosąc Lech podziękę,
        Po miecz wskazany drżącą wściągał rękę;
    Stój Synu! - rzekł mu kapłan, zalawszy się łzami:
        Jeszcześ nie spełna obdarzon łaskami.
    Więcej niźli rozumiesz Bogi cię miłują,
        Gdy ci przyszłość tajniki wskazują.
    I ta tarcza do ciebie należy Alana,
        Skrytych przeznaczeń wieszczbą opisana.
    Zgłębiam te tajemnice święte sto lat właśnie,
        Które ci z woli Bogów dziś wyjaśnię.
    W niej rozpoznaj Narodu twojego znamiona,
        I zwite w kłębek następców imiona.
    Pięćdziesiąt czterech mężów pierwszy krąg zatacza,
        A stu następnym dalszy plac oznacza.
    […]
    
Pieśń II

    W takim stanie gdy przestrach świątynię zajmował,
        I w skrzepłych twarzach bladą śmierć piętnował,
    Tłocząc martwym ruchem ciało odrętwiałe,
        Gęby rozwarte, oczy posłupiałe;
    Przerwał Lech zalęknienie, strachów nienałożny,
        I wzniosłym głosem lud ocucił trwożny:
    Bogowie nieśmiertelni! I ty bogów Boże!
        Coś z gwiazd iskrzących usłał swe podnoże,
    Wielki Jesso! Jeżeli to jest imię twoje,
        Które ociera nasze łzy i znoje,
    My zlepki skazitelne nie pojmujem ciebie,
        Widząc cię w morzu, na ziemi, na niebie;
    Jakim bądź w twej istocie jesteś niepojęty,
        Rzuć zmiłowania na nas promień święty!
    Tyś mnie obłąkanego po morzach prowadził!
        I na tej ziemi twą ręką osadził.
    Dałeś mi przez mgłę poznać dalsze przeznaczenie,
        I nieprzerodne po mnie pokolenie.
    Więc pochodne od ciebie sam błogosław czyny,
        Litując ojca, bądź łaskaw na syny.
    Lub jeśli mogę głową okupić me plemię,
        Strzaskaj mię gromem! Przywal mnie na ziemię!
    A ten gniew, którym późne grożą wnukom lata,
        Przerzuć, zbłagany, za granicę świata;
    I te same widziadła, gniewu posłanniki,
        Przemień w radosne pienia i okrzyki.
    Wy zaś, co mnie słuchacie różnych ziem ludowie,
        Uwierzcie fałszem niezmazanej mowie.
    Wszystko to, co ten kapłan z ust świętych wyronił,
        A resztkę mrokiem przyszłości zasłonił,
    Ma początek od bogów: ich wieczne wyroki,
        Jednym językiem krążą świat szeroki.
    Toś mi samo mój ojcze nieodżałowany,
        O ty Annonie mój nieprzepłakany!
    Toś mi samo na brzegach Illiryjskich morzów,
        Stokroć rozwodził aż do późnych zorzów;
    I dalekie początki naszego tam rodu,
        I przeznaczenie mego tu przychodu.
    Nie obcym ja przybyszem, ani w obcej ziemi,
        Łączę się z wami bracią tu mojemi;
    Kość z kości ojców naszych, ród jeden składamy,
        I jednym wszędzie duchem oddychamy.
    Gniazdo nasze tak stare jak morza i rzeki,
        Którym imiona daliśmy przed wieki.
    Jeszcze w tej części świata dziki zwierz panował,
        Ni w niej na ludzki żywot pług pracował;
    Kiedy naddziały nasze z azyjskich gniazdowni
        Przyszli tu naprzód od Kolchów wędrowni;
    A zorawszy nawami różnych mórz brzemiona,
        Runokradczego ścigając Jazona,
    Niezbłaganym Oety gniewem ustraszeni,
        I do spoczynku stałego stęsknieni,
    W niemieszkalnej Istryjskiej krainie osiedli,
        I starożytnej Poli mur wywiedli.
    Toż po nich jednogniezdni ojczyce Partenu,
        Założyciele Kromny, Erytenu,
    Ród Sarmatów Henety, ród nieprzepleniony,
        Z pobratymczemi złącznie Paflagony,
    Unosząc z Antenorem Troi zgorzeliska,
        Nad Erydanem wszczepili siedliska;
    A znalazłszy tam swoich przesadnych krajowców,
        W bratnie sklejeni ciało jednomowców.
    Długiem pasmem swych osad Illiryk okryli,
        I środoziemu jądro osaczyli.
    Oni te starowieczne ojców swych podania
        W nowosiedlinu przenieśli mieszkania.
    Jak niegdy rozpleniony ród ich pierwiastkowy,
        Z niepamiętnego Assarmota głowy,
    Pierwsze pod Armeńskiemi gniazdo swe górami
        Assarmotei uwiecznił wieżami.
    A potem zbiegłszy Tauru i Kaukazu skały,
        Na przyszłe trudy znojem ordzewiały,
    Pomknione aż do Indu rozkrzewił roiska,
        Różnych narodów przybrawszy nazwiska.
    Z tych jedni ulubiwszy Hirkańskie zatoki,
        Gdzie z drugim światem igra nurt głęboki,
    W starych Medów i Partów dzielną krew przeleli,
        I wschodowładczym duchem je natchnęli.
    Inni znowu osiadłszy nad Euxynu brzegiem,
        Pokrewnym państwa skleili szeregiem.
    Stąd Kolchy, Kapadoki, Ledy, Paflagony,
        Dziewicze z męskiem sercem Amazony,
    Stąd Giety, Hiperborce, Cimbry i Celtowie,
        Hesperyanów pierwsi zarodkowie.
    A gdy tylu narodom jestestwo nadali,
        Przy sobie cechę gniazda zachowali.
    Chlubni z pierwotnego imienia Sarmatów,
        Krawędź północną dwóch ująwszy światów,
    Sto pokoleń zapłodem rozsiali ostatnim,
        Niedzielnym sercem i językiem bratnim.
    Z tych jedni rozpuściwszy na zachód zagony,
        Sturzecznej Rhei zgnietli kark spieniony;
    A drudzy starożytnej Mazaki gniezdowce,
        Z wschodu na północ przetarłszy manowce,
    Mierząc hartowne siły z morzem zlodociałem,
        Ścieśnieni Obą i Ryfejskim wałem,
    Po śnieżystej przestrzeni ród swój rozpostarli,
        I na ośniku świata głowę wsparli.
    Takiego rodu ojce nasi być godnemi
        Pokazali się i w południej ziemi;
    Dotąd ich sławą dyszą i rypy Kurwanki,
        I dziejośpiewne skotarzów multanki.
    Jak oni rozłożywszy tabory wędrowne,
        Tworzyli sioła i grody warowne,
    I nowej swej drużynie pisali te prawa:
        >>Cnota wasz żywioł – a rzemiosło sława.<<
    Jak potem Sekulotów i Liburnów plemię,
        Uprawiających wspólną z niemi ziemię,
    Sprzymierzywszy sojuszem ku stałej obronie,
        Przeżyli wieki na pokoju łonie.
    Ni swobody ich mieszał z drugiej morza strony
        Starych Kuretów groźny gród wzniesiony;
    Którzy póki rozumem Tacyusza żyli,
        I Romulową strzechą nie gardzili;
    Póty ojcowie nasi w ufnej z niemi wierze,
        Zamierzchłe wiekiem dzierżyli przymierze.
    Lecz skoro rozwydrzeni najeżdżać sąsiady,
        I naszej tykać zaczęli posady,
    Dobrze im nasza Jewka we znaki się dała,
        Gdy hardym posłom łby poucinała.
    Lepiej nasze sąsiedztwo czuły Macedony,
        I wódz ich kręgiem świata nie zamkniony;
    Który chociaż przewrócił całą przestrzeń wschodu,
        Nie śmiał naszego nigdy tykać rodu.
    Sami tylko niesyci łupiestw Nadtybrzańce,
        Sypiąc wzdłuż świata ludotłoczne szańce,
    A nie mogąc pamięci Jewki naszej strawić,
        Usadzili się bytu nas pozbawić;
    I wydarłszy nam Szczodrę, dawnych sprzymierzeńców
        Ze starym Gieńcą przemienili w jeńców.
    Ale sami bogowie za nas się ujęli,
        I zemstę naszej krzywdy na się wzięli.
    Jakoż dawno ten wyrok ich zapowiedziany
        Między naszemi chował się kapłany:
    - Że jakiś lud z północy miał ich dumę skrócić,
        I znękanemu światu wolność wrócić. -
    A co w ludzkim rozumie niepodobnem było,
        To woli bogów w kresce nie zmyliło.
    Właśnie wtedy pamiętny mój ojciec się rodził,
        Gdy wasz Modygił znad Wisły wychodził;
    A widząc rozrodzone u was Wandality,
        Pośluzne Alpów przeskakiwał szczyty;
    I napełniwszy Gallów pogromem siedliska,
        Przenosił przestrach w Iberów pastwiska.
    Widząc to starzy ludzie, już pomrukiwali,
        Że ta nawała dumny Rzym obali.
    Jakoż wieku tym wróżbom nie uszło połowy,
        Kiedy Gąsiorek, wnuk Modygiłowy,
    Utopił rohatynę w owej świata głowie,
        Tylu narodów i wieków budowie.
    I oczy mego ojca na to poglądały,
        Jak dni czternaście złomki jej gorzały.
    A ci co nasz rozrodek grubą dziczą zwali,
        Pod jej szczerbaki drżący kark schylały.
    Tak to uciski ludów, choć w kroku leniwym,
        Ścigają bogi pogromem straszliwym!
    Lecz oni i o jednym człeku równie myślą,
        Jak gdy narodom całym losy kryślą.
     Z ich się woli rozwinął wątek mego życia,
        A w nim wskazówka mego tu przybycia.
    Bo kiedy matka moja Hersa ulubiona,
        Wśród obrzędnego mych postrzyżyn grona,
    Stawiwszy mnie w Polańskiej Dzilii świątyni,
        Matczyne modły za me zdrowie czyni,
    I miękcząc łzami świętych ołtarzów podnóżek,
        Wyprasza dla mnie pasmo szczęsnych wróżek;
    Przychylne matkom bóstwo w głębi zadźwięczało,
        I w szeleście kortyny świętej głos wydało:
    >>Wysłuchanaś niewiasto! Imię twego syna
        Ulubna bogom przybierze kraina.
    Sława jej przejdzie kresy wschodu i zachodu,
        Syn twój ma szukać gniazda tego rodu.<<
    Padli na drżące klęczki cnotliwi rodzice,
        Wznosząc ku niebu rozrzewnione lice;
    By ten wyrok ludzkiemu pojęciu zawiły,
        Szczęśliwym na mnie skutkiem wyjaśniły.
    Stąd się zaczęły różne wnioski i stosunki,
        I koło mego wychowu starunki.
    Stąd mój ojciec podania stare z sobą godził,
        I dawnych wodzów Sarmackich przywodził:
    Helissę, Filaressa, Pamfila, Euzyna,
        Toż dwóch Alanów i Reatylina.
    Które który krainy osiadł z swym oddziałem,
        I gdzie ich gniazda szukać w czasie miałem.
    A niepewne domysły oddając przyszłości,
        Duchem swym karcił giętkość mej młodości;
    Godne przyszłych przeznaczeń wrażał mi zabawy,
        Oręż, turnieje, i rycerskie sprawy.
    Jeszcze dzieckiem po górach goniąc tury srogie,
        Nawykłem dźwigać oszczepy dwurogie;
    A ten koń, i ten lampart co na mnie widzicie,
        Trzem wodzom Huńskim kosztowały życie.
    Wydarłem to oboje hardemu Dziurdzieli,
        Zbójecką duszę wywlókłszy z gardzieli;
    I tym samym orężem zgładziwszy dwóch innych,
        Tabor im panien odbiłem niewinnych.
    A gdy bogaty plonem do domu powracam,
        Niestety! Ojca w konaniu utracam!
    Jeszcze mi rękę ścisnął, śnieżnej uniósł głowy,
        Temi na zawsze żegnając mię słowy:
    >>Synu mój! Kochaj zawsze twój ród, cnotę, bogi,
        Oni ci wskażą twej ojczyzny progi.
    Wkrótce po mnie, tą samą zdobyczą okryty,
        Wszczepisz twą głowę w naród znakomity.
    I owe gniazdo wieszcze ujrzysz niespodziany,
        I przyszłe przyszłych twych pokoleń zmiany.
    Wkrótce po mnie.<< W przeciętnem słowie duch szlachetny
        Uleciał z ciała, skrył się w obłok świetny . -
     O dniu! Pamięć o tobie zawrze moje oczy,
        A póki żyję strumień łez wytoczy.
    Padłem na twarz ojcowską, i żalem ściśniony,
        I pożegnałem wieszczem przenikniony.
    O! Wielaż razy skrzepłe usta całowałem,
        I za niewrotnym duchem skargi słałem!
    Czemużeś święty cieniu i ojca mię zbawił,
        I w zawiłości przyszłość mą zostawił!
    A gdy czułość synowska bogom ustąpiła,
        I drogie zwłoki wdzięcznością uczciła,
    Powtórzone wyroki w sercu się ozwały,
        Za każdym krokiem błędną myśl ścigały.
    Raz mię rozkaz szukania gniazda mego rodu
        Pędził za morza północy i wschodu;
    Znowu wieszczy duch ojca w domu zatrzymywał,
        I tych przeznaczeń bliski kres wskazywał.
    Przemógł wyrok Dzilii – ród mój tu przypłynął,
        Więc go tam szukać, gdzie najpierw słynął.
    Do tego i pobożne matki mej powieści,
        O starożytnej Hiperborek cześci;
    Jak one z głębia naszej pierwotnej rodziny,
        Niosły do Delu w koszykach daniny;
    Potwierdzały mój domysł, że to gniazdo święte
        W mem przeznaczeniu musi być objęte.
    Więc zburzoną Huńskiemi najazdy ojczyznę,
        Czechowi bratu oddawszy w spuściznę,
    Którego Hersa drugim połogiem powiła,
        I wnet obydwóch nas osierociła;
    Sam z wyborem rycerstwa, z Hadryjskiej odnogi
        Zacząłem śledzić starych ojców drogi.
    Lecz jak błądzi kto woli bogów nie pojmuje,
        Lub ją na opak głową swą nicuje!
    Ledwie mi z oczu brzegi Illiryjskie znikły,
        I nawy śmiercią pogardzać nawykły;
    Gdy podobna do burzy dzisiejszej nawała,
        Błąd mój i bogów niełaskę wskazała.
    Po całem się rozpostarł morzu mrok ponury,
        Ciskając z gromem oderwane chmury;
    Poruszone z bezdennych przepaści bałwany,
        Szturm przypuściły gniewnemi tarany;
    A z Ijońskiej cieśniny wschodowiec wyparty,
        Pierwszy w łódź moją uderzył rozżarty.
    Trzykroć nią w głąb zawiercił, tęgi maszt zgruchotał,
        Potargał reje i wiosła rozmiotał.
    Ćwiczony nasz Gwiazdokład na ułomku styru
        Zwodził bój z śmiercią wśród wartkiego wiru;
    Połączona drużyna mych nieszczęść i sławy,
        Próżno ku naszym swe nakręca nawy;
    Próżno dwaj Zulisławce z Władybojem mężnym,
        Rata! Wołają głosem niebosiężnym.
    Gnał je przodem północnik szronem nasrożały,
        Na Macedońskie i Epirskie skały;
    Ale mnie nie wypuszczając wschodowiec z swych ręku,
        Wśród majtków wrzawy, rozpaczy i jęku,
    Pędził prosto na haki Garganu sterczące,
        Szarpiąc do reszty rozsochy skrzypiące.
    Przez burty i szczeliny mokra śmierć wpadała,
        Druga krzemienną paszczą poziewała.
    Już mój stary Radzisław nieodstępny boku,
        W źle zrozumianym ganił błąd wyroku;
    I przejęty widokiem oczywistej zguby,
        Wątpiąc o życiu, bogom czynił śluby.
    Jakoż jedyna ufność w dzielnem ich ramieniu,
        Mogła nas samem dźwignąć zatonieniu.
    Więc ze łzami zawołam: O! Wy, którzy morzem
        Równie władacie jak lądem i zorzem!
    Wy rodu Sławiańskiego litośni bogowie,
        Rozmnożyciele i opiekunowie!
    Wy! Którzy sami niegdy służąc za przewodźców,
        Starych Henetów, naszych pierworodźców,
     Po tych samych głębiznach ręką swą wodzili,
        I na Istryjskim brzegu osadzili;
    Rzućcie na ich potomków późnych wzrok łaskawy!
        Żyjem ich duchem i cnoty i sławy.
    Za wyrokiem Dzilii gniazda ich szukamy,
        Mówcie, w czem błądzim? Przez co was gniewamy?
    A jeśli pierwszy niegdy dni moich poranek
        Niósł wam przyjemny z witych kwiatów wianek;
    Jeśli skot najpiękniejszy ze trzody Annona
        Święcił ofiarną krwią wasze imiona;
    I zasłony utkane matki mojej ręką,
        Czciły wasz ołtarz wdzięczności podzięką,
    Dajcie mi, albo wasze zrozumieć wyroki,
        Lub na grób ojca unieść nędzne zwłoki! -
    Nie skończyłem, gdy z nagła promyk niespodziany
        Wynurzył z głębia nocy świt różany;
    I dał nam poznać, jakie przepaści i skały
        Z tylu przeznaczeń zawiązkiem igrały!
    …................................................................
        ….............................................................

UŁAMEK
Pieśń III
KONIEC MOWY LECHA.

    Błagajmy ich ołtarze …...................................
        …................................................................
    Godne nas, godne bogów połączając dary,
        Cnotę do modłów, męstwo do ofiary. -
    - Tak jest, ofiary! Krzyknął Świętosz przecucony:
        Ofiary, dzieci! Jesse już zmiękczony!
    Sto cielców niejarzmionych, sto cielic nietkniętych
        Prowadźcie prędzej do ołtarzów świętych!
    Strójcie bramy wawrzynem, strójcie młodzież w wieńce;
        Rozkujcie więźnie, puśćcie wolno jeńce;
    Nieście wielkiemu Jessie dary całopalne,
        I lampę świętą i wonie błagalne!
    On zgubne wnukom waszym gromy pohamował,
        Zatrząsł Tatrami i winę darował!
    Czegóż czekacie więcej? Czy jeszcze wątpicie,
        Równoli go kosztuje wrócić lub dać życie?
    Za mną! O, bracia, za mną! - Wtem skoczył z trzynoga
        Wichrem radości ciśniony od Boga.
    Otrzeźwiał lud zalękły; a gdy Lecha zoczył,
        Trzykroć nań upadł i trzykroć odskoczył.
    - I tyżeś to – zawołał – pierwszy z śmiertelników,
        Z tylu wyrocznych …....... tajników;
    Dla którego i przyszłość zdziera swe zasłony,
        I Jesse cofa wyrok niecofniony?
    Konaj zaczęte dzieło, niechaj z tej przygody
        Uczą się przyszłe twych wnuków narody,
    Bogom ufać, rozpaczy serca nie otwierać,
        Walczyć z piekłem, Jessie grom wydzierać.
    Idź i zakreśl siedzibę ludowi wielkiemu,
        W swych przeznaczeniach nieogarnionemu! -
    Gdy to mówił, obadwa postąpili społem,
        Święte ołtarze zadrżały z kościołem.
    Gmin z przestrachu przechodząc w zadziwienie nowe,
        Rozpierał tłokiem gmachy przysionkowe;
    A burza, co wywrotnem światu zagrażała,
        I z głosem Lecha stopniami znikała,
    Ściągnąwszy w jasne łono gromy i straszydła,
        Złote południa rozpostarła skrzydła.   

1 komentarz

  • Piotr
    Piotr środa, 09, sierpień 2017 19:36 Link do komentarza Raportuj

    Świetny felieton, Panie Dawidzie. Czyta się jednym tchem. I ta duma, że jesteśmy (prawdopodobnie) spadkobiercami najstarszej cywilizacji w Europie. Trzeba to.pokazać tym Junckerom i Timmermansom, ktorzy chca nas pouczac, patrzą z pogardą i traktują nas jak jakiś prymitywny lud!

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.