http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Adam

Wyróżniony Adam

To bardzo niesprawiedliwe, nieuczciwe i wręcz okrutne, że Adasia nie ma już wśród nas. Tak nie powinno być! Nie można wyrywać ludzi z życia, niczym marchewki z grządki. Nie zabiera się człowieka nagle, bez powodu i bez uprzedzenia. I to jeszcze takiego Człowieka!


Na umieranie pewnie żaden czas nie jest dobry, niemniej jednak na pewno inaczej podchodzi się do śmierci dziecka czy człowieka (relatywnie) młodego, a jeszcze inaczej do odchodzącego 90-latka. Z pewnością różnie też postrzegamy śmierć człowieka wypalonego i złośliwego, którego życie przepełnione jest goryczą, jadem i nienawiścią, a śmierć człowieka o gołębim sercu, dobrego, wrażliwego i empatycznego. A przecież Adam bez wątpienia należał do tej drugiej kategorii ludzi!

Tak trudno uwierzyć, że ten wielki (dosłownie i w przenośni) człowiek o kryształowym sercu, ten nasz Adaś, nie zadzwoni już w kryzysowej sytuacji, nie wesprze na duchu i nie powie, żeby się nie martwić, bo… „to tylko takie gadanie”. Nie wierzę, że nie usłyszę już jego sympatycznego głosu i pytania ”Co robisz?”, a zaraz potem stwierdzenia „Za pół godziny jestem u Ciebie na kawie”. Tak trudno pogodzić się z faktem, że Adam nie zasiądzie już na „swoim” krześle w wiadomej salce, że nie zacznie opowiadać „swoich” rubasznych dowcipów, obowiązkowo zaczynając od słów „Nie wiem kto to mówił, ale czy to czasami nie ty, że…” itd. A po wyczerpaniu ich limitu, nie będzie już snuł opowieści o kłeckim maszyniście, wożącym japońskiego cesarza, o zagadywaniu komisji, podczas egzaminu na prawo jazdy w Kłecku wiele lat temu czy też o „biskupich” żartach z zaprzyjaźnionego proboszcza.

Nie dociera do mnie, że nie zrobi już więcej „Dzidziusiowi” – sympatycznych, bo przecież koleżeńskich – przytyków o działyńskim mleku i działyńskich rybach, że nie zadzwoni już po takim naszym wspólnym spotkaniu i nie poprosi o przypomnienie wczorajszych kawałów, bo takie były fajne, a nie wszystkie zapamiętał. Nie wierzę, że nie pokaże już więcej swego „drgającego bicepsa”, nie omieszkując przy okazji powołać się na wspólny trening z Pudzianem. A co z naszymi wyjazdami do pewnej zaprzyjaźnionej gminy, gdzie konie na obrazach ścigają się do tego stopnia, że wieczorem na czoło wychodzi kary, by rano oddać pierwszeństwo siwkowi? I co, że niby nigdy już nie zaśpiewamy razem, że „deszcze niespokojne potargały sad”, by skończyć na hymnie „Lechity”?! A co ze środą i obowiązkową kawą z Markiem? Z tym Markiem ze szlachetnego rocznika oczywiście.

Kurcze, dlaczego musiał odejść – w dodatku tak niespodziewanie – człowiek, który miał tyle jeszcze planów na swoje dalsze życie. Przecież zaledwie parę miesięcy temu, no może jakieś pół roku, Adam oświadczył, że w grudniu wybiera się na emeryturę. Pamiętam, że wprawił wtedy nas wszystkich w niezłą konsternację. Ty?! – dziwiliśmy się – z Twoją pozycją, gdzie Ty będziesz miał lepiej? Adaś tylko się wtedy uśmiechnął i stwierdził, że pieniądze nie są w życiu najważniejsze, a on ma zamiar jeszcze trochę pożyć, a poza tym musi „opiekować się Mietką” i nacieszyć wnukami. No właśnie, wnukami, tymi swoimi małymi kochanymi Pudziankami, o których potrafił opowiadać godzinami, w dodatku z nieukrywanym zachwytem.

Pamiętam też, że kiedy kilka tygodni temu, rozstawaliśmy się po Memoriale Andrzeja Bilskiego, Adam dziękując za zaproszenie powiedział wtedy, że w Memoriale uczestniczy po raz pierwszy, że bardzo się cieszy, bo nie tylko był podobny sylwetką do Andrzeja, ale też bardzo go lubił. A na sam już koniec dodał coś w stylu, że… „jak Bozia da, to zobaczymy się za rok”. Niestety, Bozia nie dała…

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.