Si vis pacem, para bellum

Wyróżniony Si vis pacem, para bellum

Polska się zbroi i zwiększa nakłady na wojsko. Pewnie  w myśl tytułowej zasady przedstawionej w łacińskiej sentencji, która głosi, że jeżeli pragniesz pokoju, to szykuj się do wojny. O tym jak nam to wychodzi pod  bojową buławą ministra Macierewicza każdy widzi i słyszy, ale ja nie jestem ani politykiem, ani generałem, więc trzymam się bliżej ziemi. Podobno najnowszym pomysłem ministra, jest budowa strzelnic w każdym powiecie. Ja proponuję usytuowanie ich na kompletnym zad…piu, bo pewnie będzie się tam używać polskiej amunicji…


Zacznę od tego, że przez ponad trzydzieści lat polowałem i sporo strzelałem amunicją tym tylko różniącą się od wojskowej, że ta myśliwska - ze względu na swój zabójczy charakter, jest do walki z ludźmi zakazana. Przez długie lata, podstawowym pociskiem  używanym przez polskich myśliwych była czeska kula półpłaszczowa firmy Sellier cie Bellot. Owszem, w sklepach „Jedności Łowieckiej” można było czasem nabyć amunicję niemiecką, ale była ona znacznie droższa, a co do jej skuteczności, to mam podzielone zdanie. Od tamtego czasu minęło bez mała trzydzieści lat i przyznaję szczerze, że sam nie posiadam aktualnych danych w kwestii, którą tu poruszyłem, ale to wcale nie znaczy, że konfabuluję i wymyślam problemy. Wszystko jednak po kolei. Przez długie lata Czesi robili w Polsce dobre interesy. sprzedając nam wspomnianą amunicję, ale wszystko się zmieniło po udzieleniu im „bratniej pomocy” przez Układ warszawski, w którym Polska była wiernym narzędziem Związku Radzieckiego.

Od tego czasu myśliwi mieli jak dawniej obowiązki, czyli otrzymywali plany odstrzału zwierzyny grubej, których nie zrealizowanie skutkowało karą finansową, ale nie mieli amunicji. Stan taki trwał dość długo, ale od czego była partia i polski przemysł zbrojeniowy? Na rynku ukazała się amunicja firmy Predom – Mesko, tej, która produkowała m. innymi młynki go kawy. Radość była wielka i sam nabyłem dwie paki tego rarytasu, a potem udałem się na polowanie… Jego wspomnienia prześladują mnie do dzisiaj, a szczególnie pozostała mi w pamięci mina ś. p kolegi Tadeusza, który najwidoczniej uznał mnie za szczeniaka, któremu pozwolono strzelać do jelenia, zwanego szlachetnym. (Cervus elaphus) Wcale się dzisiaj nie dziwię minie Tadeusza, bo do tego biednego jelenia waliłem jak do jakiejś pancernej kaczki, chociaż jeleń wcale pancerny nie był. To tylko pociski latały tam gdzie chciały, a nie tam gdzie celował myśliwy. O czym przekonałem się jednak dopiero  po tym polowaniu, gdy udałem się na strzelnicę. Naboje te, nadawały się tylko do robienia huku, o trafieniu nimi czegokolwiek, to już nie było mowy, chociaż tego pechowego byka, w końcu uśmierciłem. Analogiczna sytuacja przydarzyła się naszym żołnierzom w Nangar Khel, gdy strzelając z polskiego moździerza, zamiast w Talibów, trafili w sam środek wioski.

Wczoraj widziałem w telewizji generała Tomasza Drewniaka, który mówił o naszej amunicji do działek amerykańskich samolotów F 16.  Dopóki żołnierze używali oryginalnych pocisków, wszystko było w porządku, po przejściu na naszą amunicję, lufy pokładowych działek szybko nadają się tylko na rury do pieca.

Boże, miej nas w swojej opiece.
Więcej w tej kategorii: « Consensus Zima za pasem »

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.