http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpghttp://informacjelokalne.pl/images/banners/nbaner01.jpg

Zakupy

Wyróżniony Zakupy

Wszystko wskazuje na to, że wiosna – mimo iż ciągle nieśmiała – zagościła na dobre i już nas nie opuści. Wszyscy się cieszą – a jakże – wszyscy, oprócz mnie. Od wielu już lat bowiem okazuje się, że wiosna to ta właśnie pora roku, kiedy moja żona intensyfikuje zakupy. I to delikatnie mówiąc. Ba, czasami to nawet sobie myślę, że wyszła za mnie tylko po to, żeby mieć z kim chodzić po sklepach.


Początkowo wyglądało to niegroźnie, później zamieniło się w horror, w gehennę jakąś. Ślubna znikała na całe dni, a ja siedziałem w domu skołowany i gubiłem się w domysłach i podejrzeniach. Na moje pytanie: "gdzie byłaś?", odpowiadała niezmiennie: "na zakupach". Miarka się przebrała, kiedy to pewnego razu zniknęły z córką (na szczęście) na dwa długie dni. Wtedy właśnie postanowiłem spróbować nad tym zapanować. Moja metoda była tak prosta, że aż genialna. Otóż, zdecydowałem, że będę chodził na zakupy razem z nimi.
    
Efekt był piorunujący: kupowanie pieczywa ograniczyłem do godziny, zaś nabywanie mleka i jego przetworów, zamykało się w dwóch. Mało tego, wymogłem na mojej ślubnej, żeby wracała na noc do domu, a nie czekała przed galerią do jej ponownego otwarcia dnia następnego.
    
Wszystko powoli wracało do normy, aż pewnego pięknego poranka żona stwierdziła: "niedługo chrzciny Prezesika, trzeba kupić tobie i mnie jakiś godny ciuch!" Dreszcz przerażenia przeszedł mi po plecach, znałem ten ton – kategoryczny i nie znoszący sprzeciwu – nieczuły na jakąkolwiek racjonalną argumentację. Jakakolwiek dyskusja była bezcelowa, wiedziałem o tym aż nadto dobrze. Skrzywiłem się tylko w delikatnym uśmiechu, gdyż przypomniał mi się dowcip, jaki niedawno usłyszałem: "Spotyka się dwóch przyjaciół i jeden mówi do drugiego: – wiesz, widziałem wczoraj twoją żonę w nowym futrze, ty to musisz ją kochać! – Oj, muszę, muszę! – odparł na to drugi."
    
Uśmiech, wywołany wspomnieniem anegdoty, małżonka wzięła za dobry omen i na dzień zakupów wyznaczyła najbliższą (przedświąteczną) sobotę. Równo o 10.00 stanęliśmy przed pierwszym sklepem. "Najpierw kupimy coś tobie, a potem mi” – powiedziała ślubna i weszliśmy do sklepu z... konfekcją damską. Tradycyjnie niejako rozpoczęliśmy od... przymierzania garsonek. Po godzinie, cokolwiek znudzony, z dudniącym mi w głowie – nie wiadomo gdzie zasłyszanym – „ja wiedziałem, że tak będzie”, zacząłem szukać sobie innego zajęcia. Obok była wolna kabina z dużym lustrem. Na chwilę zamieniłem się w Johna Wayne'a, wyobraziłem sobie, że jestem rewolwerowcem z Dzikiego Zachodu. Strzelałem do posiwiałego grubasa, stojącego po drugiej stronie lustra. Dokonywałem cudów, byłem szybki, strzelałem z biodra, spod pachy i spomiędzy nóg. Kiedy zaczynała mi się kończyć amunicja weszła młodziutka ekspedientka i zapytała: "a pan co tutaj robi?" Z opresji wybawił mnie głos małżonki z sąsiedniej kabiny: "ZiBi, popatrz na to". Miała na sobie śliczną, gustowną garsonkę. Już ją chciałem skomplementować, kiedy zauważyłem, że identyczną garsonkę ma na sobie jedna z ekspedientek, która w dodatku była w ciąży. "Oj, lepiej nie – stwierdziłem – a nuż sprzedają w zestawie" i dyskretnie wskazałem na będącą przy nadziei ekspedientkę. Żona wyszła ze sklepu śmiertelnie obrażona, a ja za nią – cichutko i bezszelestnie – jak na współczesnego niewolnika przystało.
    
W drugim butiku wybór ciuchów był jeszcze większy, ale nie było za to wolnych kabin. Nie bardzo miałem co ze sobą począć, więc moją uwagę przyciągnęło wiszące na ścianie Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia... w sprawie szczegółowych warunków zawierania i wykonywania umów sprzedaży rzeczy ruchomych z udziałem konsumenta... itd. Po mniej więcej godzinie koło mojej żony leżała całkiem pokaźna sterta ubrań, a ja znałem na pamięć Rozporządzenie Rady Ministrów. Z letargu wyrwał mnie głos żony: "nie lubię krótkich marynarek, źle się w nich czuję ...". "Bo marynarki są dla marynarzy – wypaliłem  kompletnie bez sensu – a jak się źle czujesz, to idź do lekarza!" Nawiasem mówiąc, do dzisiaj żałuję, że nie ugryzłem się wtedy w język.
    
W kolejnym sklepie sytuacja była identyczna, na szczęście jednak była tam wolna kabina i to w dodatku z dużym lustrem. Tym razem postanowiłem przećwiczyć kroki do różnych znanych mi tańców. Najlepiej poszedł mi walc, najwięcej problemów miałem natomiast z tańcami ludowymi. Przy krakowiaku nakryła mnie obsługa sklepu. "Żona tego pana robi zakupy” – powiedziała z nutką zrozumienia w głosie jedna z ekspedientek, a pozostałe pokiwały ze zrozumieniem głowami. Obyło się bez zwracania mi uwagi na niestosowność mego zachowania.
    
Następnie odwiedziliśmy jeszcze co najmniej kilkanaście sklepów (przy ósmym straciłem rachubę), butików, a nawet straganów – wszędzie według tego samego scenariusza. Poznałem kilka całkiem fajnych ekspedientek, spotkałem kilka byłych uczennic, usłyszałem parę niezłych dowcipów, gdy wtem... obudziłem się! A więc to był tylko sen! Co za ulga!
    
Nagle poczułem delikatny jakiś wstrząs, moja żona stała nade mną, potrząsała mną coraz bardziej energicznie i po chwili powiedziała: "Niedługo chrzciny Prezesika, trzeba kupić tobie i mnie jakiś godny ciuch!"
    
Dreszcz przerażenia przeszedł mi po plecach, znałem ten ton...

1 komentarz

  • Piotr Fischer
    Piotr Fischer piątek, 06, kwiecień 2018 12:26 Link do komentarza Raportuj

    Zbinu Drogi - wreszcie coś z humorem i jajami. Ty masz problemy ze Swoją Danką w tym temacie, a ja ze Swoja Elą. Zakładamy związek zawodowy ?????

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.