Logo
Wydrukuj tę stronę

Anatomia śmierci elektrycznej

Wyróżniony Anatomia śmierci elektrycznej

Za moich młodych lat popularne było powiedzonko - „do Powidza po rozum”. Ja pojechałem tam dlatego, że zebrało się mnie na wspomnienia. Ten, do którego jechałem, zginął tragicznie porażony prądem na początku maja 1978, czyli równo czterdzieści lat temu. Ktoś przygodny wskazał mi grób nad którym stoi tablica z wygrawerowanym w granicie wizerunkiem Zdzicha. Patrzył na mnie jak żywy. Komputer który sterował narzędziem malującym obraz, zasilany był prądem. Zdzicha też zabił prąd, z którym on był za pan brat, ale prąd to podstępne medium, czyli dobry sługa, lecz zły pan…


Sam doskonale wiem co mówię, bo też jestem z branży i nieraz włos się mnie na głowie jeży, kiedy słyszę takich mocarzy, którzy prądu się wcale nie boją. No, przynajmniej nie boją się popularnego „światła”, które co najwyżej kopnie, co innego tzw. „siła” - z którą według tych znawców przedmiotu, żartów nie ma. Rzecz tylko w tym, ze oni nie wiedzą co mówią i tutaj mam problem, bo bardzo chcę napisać materiał o tym niewidzialnym zabójcy, bez którego dzisiaj nie wyobrażamy sobie jednak życia. Problem w tym jak to  zrobić w sposób prosty i zajmujący, ale zgodny z fizyką?

Otóż prąd, który najczęściej nas „kopie” i bez trudu może nas zabić, jest właśnie popularnym „światłem” i jest on integralnym składnikiem tej „siły”, która jest jakoby groźna, a jest on o pierwiastek z 3 (1,73 )razy mniejszy od niej, co daje 230V. „Siła” ma więc 380 V. Popularne „kopnięcie” wzięło się natomiast stąd, że prąd przemienny o częstotliwości 50 Hz, czyli taki jak w gniazdku, po dotknięciu czegoś znajdującego się pod jego wpływem, powoduje mimowolny skurcz mięsni, czyli „kopnięcie”, które na szczęście i często samoczynnie odłącza nas od źródła zagrożenia. Gorzej, a właściwie beznadziejnie jest wtedy, gdy przedmiot będący  pod napięciem złapiemy. Wtedy wspomniany powyżej skurcz spowoduje, że już raczej go nie puścimy i rodzina będzie miała żałobę, chyba, że zdarzy się nadzwyczajny przypadek, którego doświadczył jeden z moich sąsiadów. Od niego też wiem, jak wygląda anatomia elektrycznego zabijania, bo on do końca zachował świadomość tego, co się z nim działo. Śmierć jednak nadzwyczaj szczęśliwym trafem go  ominęła, co wcale  nie było cudem, tylko czystą fizyką, ale o tym za chwilę.

Zanim jednak o prawdziwych wypadkach z prądem, najpierw parę słów o nim samym. Jak wspomniałem powyżej prąd z którym się spotykamy na co dzień, np. w domu, jest trzecią częścią kompletu używanego do napędu np. silników w przemyśle itp. Jest to właśnie popularna „siła”, czyli 3 druty fazowe i czwarty neutralny, potocznie zwany „zerem”, który wypływa z punktu skojarzenia trzech popularnych „faz”. Punkt ten jest uziemiony, czyli elektrycznie połączony z ziemią po której chodzimy i ten fakt ma kardynalne znaczenie dla każdego z nas dlatego, że ludzie nie latają w powietrzu, tylko chodzą po ziemi i są – poprzez swoje nogi, na stałe podłączeni do elektrowni. W tej sytuacji każde dotknięcie przewodu fazowego powoduje otwarcie drogi dla prądu - poprzez nasze ciało do ziemi. Zjawisko to tłumaczy, czemu ptaki bezkarnie siadają na drutach i nic im to nie szkodzi. Prąd, aby mógł gdzieś popłynąć, musi mieć otwartą drogę do drugiego bieguna napięcia, np. ziemi. Ja tego nikomu nie proponuję, ale prawda jest taka, że jeżeli staniemy w domu na dywanie ze sztucznego tworzywa, to też możemy bezkarnie dotknąć „fazy”, czyli tego przewodu, który świeci po dotknięciu go wskaźnikiem neonowym dlatego, że dla prądu jesteśmy od ziemi odcięci jak wrona siedząca na drucie.

Pora na konkretne przypadki. Kiedy mieszkałem na wsi, jeden z moich sąsiadów opowiedział mi swoją przygodę. Jeżeli cos możemy nazwać szczęściem, to on doświadczył go w pełni – przeżył.
Rzecz miała miejsce w stodole gospodarstwa, która stała naprzeciw domu, skąd przez całe podwórze biegł gumowy kabel zasilający teraz sieczkarnię. W pewnej chwili człowiek obsługujący maszynę uznał, że kabel szwenda się mu pod nogami i postanowił go odrzucić na bok. Złapał go i wtedy zrozumiał co się stało. Kabel miał skruszoną izolację i  człowiek podłączył się do jednej z faz na sztywno. „Kopało” go 220 V i zabijało po woli. Wszystko wiedział i rozumiał ale zrobić nie mógł nic. Przez otwartą bramę widział nawet ojca na progu domu i umierał powoli, a kiedy już „urwał mu się film” upadł na ziemię bez świadomości. Po jakimś czasie się jednak obudził. Dlaczego? Otóż tak naprawdę to nie upadł na ziemię tylko na plastikowe worki po nawozie, które go od tej ziemi odcięły i chociaż wciąż ściskał feralny kabel i był połączony z elektrownia, to nic już go nie kopało. Przeżył.

Człowiek ów był rolnikiem i na prądzie się nie znał. Popularne przysłowie powiada zaś, że „elektryka prąd nie tyka”, obawiam się, że jest wręcz odwrotnie i to nie żaden przypadek – elektrycy z prądem stykają się na co dzień, a tutaj wszystkiego przewidzieć się nie da…

Ktoś błędnie podłączył do sieci piłę tarczową i zamiast ją uziemić, czyli połączyć jej metalowy postument z „0”, połączył go z fazą. Rzecz w tym, że połączenie odbyło się za pomocą kabla wyposażonego „po drodze” w metalowe  gniazdo i wtyczkę. Tak zasilona maszyna nie chciała oczywiście pracować i elektryk amator zawołał fachowca. Trafiło na Zdzicha, który zaczął poszukiwanie usterki…  od odłączenia maszyny od prądu. Tak właśnie, odłączenie spowodowało jego śmierć. Jak to się stało? Otóż dotknięcie feralnego złącza nie poskutkowało niczym, chociaż zarówno gniazdo jak i wtyczka były „pod prądem” dlatego, że wszystko to było skutecznie uziemione poprzez stalowe nogi piły i prąd płynął sobie spokojnie do ziemi, ale kiedy człowiek je rozdzielił, to w jednej ręce miał fazę, a w drugiej ziemię i nie miał żadnych szans. Umierał w pełnej świadomości i nic nie mógł zrobić aby się ratować. Cześć Jego pamięci!
Informacjelokalne.pl