http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpghttp://informacjelokalne.pl/images/banners/nbaner01.jpg

Zimne dziady, listopady…

Wyróżniony Zimne dziady, listopady…

Nie cierpię wielu rzeczy, zjawisk, a nawet… osób (choć w tym ostatnim przypadku robię ostatnio spore postępy na korzyść, tzn. „niecierpienie” całkiem udanie zastępuję ironicznie oziębłym ignorowaniem). Gdybym miał sporządzić – chociażby tylko podręczną – listę rzeczy, których nie lubię, nie cierpię, czy wręcz nienawidzę, na jej szczycie z całą pewnością znajdowałby się… listopad.


No, nie lubię „dziada listopada” i już! I nic na to nie poradzę. Listopad to jeden z najbardziej okropnych i najmniej sympatycznych miesięcy w roku. Ponure, bezlistne drzewa,  szaruga, słota, zimnica, zmrok, przenikliwy wiatr i wiecznie siąpiący deszcz, oto prawdziwa twarz miesiąca, w którym ponoć drzewom i krzewom opadają liście, a wrażliwym ludziom – ręce. Ponoć, bo jak widać za oknem, większość drzew już dawno jest ich pozbawiona, jest „łysa” i bardziej nadaje się jako plener do horrorów czy filmów o zombie, niż do romantycznych, westchnień czy uniesień, że o ryciu imion w korze nie wspomnę.

I jeszcze jedno, absolutnie nie rozumiem, skąd u wielu ludzi, w tym – wrażliwych przecież – poetów, taki zachwyt nad tą okropną porą roku. Skąd tyle „jesiennych” (melancholijnych i sentymentalnych) wierszy, piosenek, obrazów itp? Jeden z moich ulubionych poetów był łaskaw napisać: „Szumiał las, śpiewał las, gubił złote liście, świeciło się jasne słonko chłodno a złociście...”.

Nie wiem kiedy dokonywał on takich obserwacji, ale mało prawdopodobnym jest, by miało to miejsce w listopadzie czy tym bardziej w grudniu (jesień trwa do 21 grudnia włącznie). Szumiący i śpiewający las, w dodatku gubiący złote liście, i owszem, mógł się zdarzyć, ale najpewniej we wrześniu lub na samym początku października, bo później cały jesienny romantyzm diabli już biorą. No chyba, że „jasne słonko chłodne a złociste” to metafora (piękna zresztą) pierwszych, niezbyt przyjemnych, bo dokuczliwych, przymrozków.

A tak swoją drogą,  jak to dobrze, że są ludzie o wyższym, nieprzeciętnym stopniu wrażliwości, bo tam, gdzie zwykły zjadacz chleba widzi jesienną pluchę, poecie zaraz gra, szumi i śpiewa; zwykły człowiek widzi padający deszcz, a poeta zaraz słyszy „jęk szklany”, „płacz szklany” i widzi jak „szyby w mgle mokną”; ja wkurzam się z powodu przedwczesnych ciemności, a jemu „światła szarego blask sączy się senny”.

Wracając jednak do jesieni i do ulubionego poety, który wyraźnie się rozkręciwszy napisał: „Rano mgła w pole szła, wiatr ją rwał i ziębił; opadały ciężkie grona kalin i jarzębin...”. Mój Boże, jak on to pięknie powiedział, tyle tylko, że mnie poranne mgły bardziej kojarzą się z niebezpieczeństwem podczas porannego dojazdu do pracy, z osadzaniem się wilgoci na jezdni, z szadzią i ślizgawicą. Mało tego, kiedy od rana jest mglisto, wietrznie i zimno, to moja głowa najczęściej jest cięższa niż owe poetyckie jarzębinowe grona, co z kolei wcale nie wróży zbyt udanego – a tym bardziej poetyckiego – dnia. Bywa, niekiedy, że jakaś poczciwa dusza zainteresuje się i zapyta o przyczynę smutku wypisanego na mojej twarzy, ale przecież nie wypada mi użalać się nad sobą, bo – jak mówi inny ulubiony poeta – „kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią...”. Zresztą, co mam tym dobrym duszyczkom odpowiadać, bo o ile prześladującą mnie po nocach bezsenność są w stanie zrozumieć, to jak mam opowiedzieć o tym, że nie jestem (choć tak bardzo chciałbym być) artystą (poetą, pisarzem, malarzem, aktorem)?
    
Kurcze, tak sobie nieraz myślę, jak to by fajnie było, gdyby rządzili nami artyści! Wrażliwy, melancholijny i sentymentalny prezydent, takiż sam premier i jego ministrowie, poetycko nastrojeni posłowie i senatorowie, gwarantujący nam na przykład: posiedzenie sejmu w trzech aktach i bez epilogu („Ja bez żadnego trybu…”), obligatoryjnie ilustrowane przez najwybitniejszych malarzy, rymowany tryb prowadzenia i sprawozdawania obrad (weź tu znajdź rym do „drugi sort” czy „zdradziecka morda”), wierszowane uchwały, ustawy i rozporządzenia, debata czy dyskusja dopuszczalna tylko w formie fraszek (rządzący) i limeryków (opozycja), fabularyzowany serial pt. „Najdłuższe obrady nowoczesnej Europy”, „masło zamiast armat”, a może i nawet Konstytucja-Enigma – w formie wiersza i nie do złamania.

To naprawdę byłoby coś, i znowu – chociaż w czymś – bylibyśmy pierwsi w Europie! A tak bezmyślnie powielamy tylko – na szczęście dawno już przebrzmiałe – niemieckie czy włoskie trendy sprzed 90-80 lat i jeszcze, nie wiedzieć czemu, mamy być z tego dumni...

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.