http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Grajki 2019 – różnorodność ulicy. Gniezno jak nadmorski kurort

Wyróżniony Grajki 2019 – różnorodność ulicy. Gniezno jak nadmorski kurort

Momenty – były? – Masz! Kultowy już tekst jednego z kabaretów radiowych byłby adekwatny na podsumowanie 5. Edycji Weekendu Grajków Ulicznych Po drodze. Morza prawdzie nie ma w Gnieźnie, a plaża na Rynku swoje brzegi opiera o koszmarną – jak mówią gnieźnianie i turyści, fontannę coraz częściej można się tu jednak poczuć jak w sympatycznym średniej wielkości kurorcie. Klimat Gnieźnieńskiego Rynku wypełnionego zachodzącym słońcem, ludźmi i bardzo różnorodną muzyką pozostawia rok rocznie wspomnienia w tych, którzy słuchają i podziwiają Grajków Ulicznych. W tym roku serca publiczności podbiło kolejnych kilku artystów.


Momenty koncertowe
Koncerty w namiocie Comesa na Rynku wieńczyły oba dni Weekendu. Oba były niezwykle zróżnicowane stylistycznie, a jednocześnie zdradzały pomysł na dramaturgie i stopniowanie emocji.

W sobotę publiczność Grajków rozpoczęła swoją przygodę od spotkania z subtelnie neurotyczną Agatą Karczewską. Artystka poruszająca się w stylistyce new country i folku, ze swoim delikatnym wycofanie, introwertyczna, a jednak z fantastycznym kontaktem z publicznością, robiła to, co zwykle robią najlepsi songwriterzy snuła opowieść z piosenek i komentarza tego, co w danym momencie się dzieje. Karczewska przyznała między innym, że to w Gnieźnie po raz pierwszy zagrała tzw. Sreeta, ale o jej ulicznym graniu za moment. Pomiędzy piosenkami artystka podzieliła się wrażeniem płynącym z konwencji koncertów Grtajkowych. To, co urzekło Agatę Karczewską to pewna podróżność, przychodzenie i odchodzenia i kolejne przychodzenie publiczności.

To zapewne było potwierdzeniem, że to niezobowiązujące słuchacza granie koncertu nadal posiada założony charakter ulicznego wykonania. Grając przekrój swojej twórczości głównie z debiutanckiego krążka, w kilku momentach naprawdę oczarowała publiczność. Envy is My Sin to była tylko jedna z tych magnetyzujących chwil. Zwarty blisko 45-minutowy koncert zamykał bis. To był piękny początek koncertowej odsłony Grajków 2019. Zalany zachodzącym słońcem gnieźnieński rynek pełen przechodniów zdawał się głównym placem uroczego miasta.

Zagi tym razem w duecie z Gumisiem na Kajonie i innych perkusjonaliach była już czymś, czego bywalcy grajkowych koncertów się spodziewali. Rok wcześniej grając solo, zaskarbiła sobie serca fanów. Tym razem set wybrzmiał nieco dynamiczniej, lekkość piosenek Zagi niosła w sobie pazur przypominający początki Edyty Bartosiewicz. Można rzec radosna kreacja sceniczna, niewydumana przemyślana jednak jak przystało na graficzkę, dodała uroku. Zagi zaśpiewała wszystkie swoje najlepsze kawałki. Były więc Drapacz chmur, Bym, czy choćby Piesek, w którym wystąpił z Zagi i Gumisiem tajemniczy mały Julek. Klimaty, w których porusza się Zagi są bardzo rozległe, od typowo piosenkowych kawałków przez niemal zimno falowe zagrania artystka przeprowadziła publikę bardzo płynnie. Taką umiejętność prezentują tak wytrawni muzycy, jak choćby Henk Hofstede z holenderskiego The Nits śpiewający rzecz jasna inaczej, ale równie bawiący się formą. Niewątpliwie repertuar Zagi jest mniej monochromatyczny niż Agaty Karczewskiej, mimo tego konsekwencja układu Line Up zgrała się pięknie.

Hymn, ale nie na baczność
Od bodaj 3 lat Grajki Uliczne mają swój oficjalny hymn. To piosenka "Moja ulica" autorstwa Janusza Cybulla Skwiry, podarowana festiwalowi. Utwór, z którym utorzsamiają się nie tylko buskerzy świetnie zabrzmiał w wykonaniu Cybulla i Ryszarda Rajcy. Był jedynym akcentem podkreślającym skromny jubileusz imprezy.

Show ulicznych pałkerów
Finałem pierwszego koncertu było niesamowite show Bucket Guys, występ kompletnie zmienił temperaturę koncertu. Po wspaniałych piosenkach przyszedł czas na zabawę rytmem. Bucket Guys to duet, braci, którzy występują w całej Europie. Niesamowicie motoryczny perkusyjny koncert, pełen popisów, jakie lubi publiczność nie był jednak w żadnej mierze hochsztaplerka perkusyjną. To było gęste, solidne i pełne humoru i łamania rytmów granie. O ile wielu słuchaczy przy Agacie i Zagi słuchało sobie dźwięków w oddali plaży, fontanny i ogródków tutaj wszystkie krzesła przed namiotem wypełniły się i sporo osób otoczyło namiot, by widzieć co się wyrabia. Niesamowite patenty z podnoszeniem wiaderek nogami by zmienić głębie brzmienia zabawy z publikę to było to co porwało Grajkową publikę. Wspaniały koncert mógł być spokojnie finałem całego Weekendu, na szczęście nie był.

Momenty koncertów niedzielnych
Koncert wprawdzie niedzielny, ale zestawienie było dość odważne. Ten Line Up pozornie można by nazwać rapowym. Tylko jednak pozornie, choć nie byłoby w tym nic złego. Wszystko rozpoczął grając w pełnym jeszcze słońcu C-zet. Raper, z Trzemeszna związany silnie z Gnieznem i Poznaniem zaprezentował swoje nowe oblicze. Choć już w działaniach wcześniejszy dało się słyszeć, że to śpiewający raper, tym razem wsparty przez Doluna i żywe bębny Piotra Kraśnera i wokal Sherry zabrzmiał naprawdę pełnym soundem. Utwory głównie z ostatniej płyty Laboratorium nie tracąc swojego hip hopowego korzenia jest w nim jednak ewidentny zwrot w stronę funky. Pełne basowe brzmienia bitów i rytmika żywych bębnów w połączeniu z rapem i śpiewem C-zeta dostały trzeciego wymiaru właśnie dzięki Sherry. To był pogodny, bardzo dobry początek koncertowej niedzieli.

Szegetz – poeta szumów i przesterów, poeta naszej ziemi matki, wydawał się punktem tej rozpiski nieco nieprzystającym. – Można by powiedzieć, że taki alternatywny rap, jaki usłyszeliśmy, nie pasuje do zestawienia. Przyzwyczailiśmy się, że granie uliczne to gitara i wokal, ewentualnie jakiś etno instrument. Wystarczy jednak odwiedzić kilka miast, gdzie gra się na ulicy. W graniu ulicznym jest miejsce na wszystko, nie ma bardziej różnorodnej sceny niż ulica. A wasz odbiór tylko to potwierdza – powiedział po koncercie Szegetza inicjator Weekendu – Jarek Mixer Mikołajczyk.

Wracając do koncertu Szegetza, chyba jak to jest już wpisane w działalność artystyczna Szegetza set w innym zestawieniu inny niż wszystkie. Tym razem rapującego Szegetza (Pawła Bąkowskiego) wsparł Joni. Przed Jonaszem było nieproste wyzwanie, zastąpienie Krzysztofa Romanowskiego. Porodził sobie bez dwu zdań. O ile stylistycznie szegetz wykonuje wolty pomiędzy pulsem BB a rozjazdem energetycznym w uproszczeniu mówiąc Prodigy – po prostu mieścił się w formule koncertu. Wydaje się, że poza wspaniała ekspresja wykonawczą siła Szegetza jest bardzo dobra praca dykcyjno intertpretatorska, która sprawiła, że ludzie wsłuchiwali się w teksty. O dziwo tutaj bardzo sprawdziły się też te momenty, w których Szegetz monologuje, kiedy na powrót jest Pawłem Bąkowskim, poetą i slamerem, w piękny sposób zatroskanym o świat. Teksty na tyle sprawnie podane, że do jednego z nich odniósł się później ind z Gadabit. Można Szegetzowego grania nie lubić nie da się go jednak zignorować. To był dobry wybór, potwierdzali zapytani odbiorcy, podkreślając, że nie wiedzieli, że takie rzeczy robi ktoś z Gniezna.

Ostatnim w zestawieniu różnych oblicz rapu był zespół Gadabit. To była kolejna odsłona muzyki wywodzącej się funky i z nurtu rapowego i kolejna zupełnie inna twarz tej muzyki. Formacja Gadabit to oprócz rapującego Inda wytrawni muzycy środowiska krakowskiego klubu Alchemia. Rap i Jazz idą tu w jednej parze niemal jak u Guru, choć jest to i inny rap i inny jazz. Solidna praca DJ pozwala reszcie składu traktować całość właśnie na jazzowo, rzecz nie tle w samej stylistyce co w pewnej formie świadomości muzycznej. Improwizacja to nie tylko na koncercie freestylowa bitwa pomiędzy grającym na kongach a Indem, (Choć to był moment, który niezwykle przypadł publice), improwizacja to przede wszystkim fantastyczne klawisze Kuby Płużka, ale także bas Justyna Małodobrego – tym razem na padzie. Tak właśnie potoczyście i radośnie Gadabit sklejał publikę w tym jazzowo hip-hopowym klimacie. Niezwykły puls basu z pada perkusji i kong sprawiał, że zarówno raper, jak i pianista z DJ-em mogli kompletnie nie bać się odpływać, grunt był cały czas silny. Muzyka na bardzo solidnych ramach wchodziła niekiedy przygodnym odbiorca w bardzo różnym wieku. Kawałki od Haipeha, Gadadaj czy Rozwoju po prostu płynęły, przy swioetnym kontakcie Inda z publiką. Tych wybrednych zahipnotyzował niemal psychdeliczny tego dnia Marsz Dzikich Plemion (bis). Ind bez umizgów do publiki pieknbie podkreślał nie tylko przed tym kawałkiem, ze to, co rodziło naszą kulturę, rodziło się w Gnieźnie. Koncert Gadabit wydawał się dobrym finałem, którym jednak nie był.

Dwa czorne psy – Makaron i Rico no było bluesowo
Po krótkiej przerwie na scenie pojawił się duet dobrze znany grajkowej publice. Marek Makaron Motyka i Rico Rajca. Blues i to ten korzenny jak na Polskę – śląski blues zabrzmiał na gnieźnieńskim rynku po prostu pięknie. Po raz kolejny przekonaliśmy się jak różnorodna i bogata może być muzyka. Dwóch muzyków na scenie: Makaron z gitarą i homontem harmonijki roztaczał piękną śląską opowieść o życiu i sprawach istotnych, Rico, po prostu uzupełniał przyjaciela grając na bębnach. Kiedy jednak przyszedł moment na jego show, pokazał w swojej solówce nie tylko, że wie, jak i gdzie uderzyć, ale tez jak się tym bawić. Makaron zagrał większość znanych kawałków swojego repertuaru, ale także utwór Nalepy – Przyszła do mnie bieda i kilka piosenek z przygotowywanej płyty. Rzecz jasna wśród hitów nie zabrakło starej śląskiej śpiewki Dwa białe psy. Makaron i Riko dali też w ciągu dnia bardzo dobrego streeta przy pomniku św. Wojciecha, o tym jednak w następnym artykule, w którym opiszemy to, co działo się na ulicach. A jest o czym pisać: Janusz Cybull Skwira, Leszek Sypniewski, Łukasz Jędrys, Agata Karczewska, Zagi, Szegetz, Sonofthesun_ i Młody Jacob, Buscet Guys, Makaron i Rico, Marcin Szajda, zrobili sporo o tym niebawem.


Fot. Sebastian Uciński i Jarek Mikołajczyk

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.