http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Paulina Andrzejak zaczarowała publiczność Latarni na Wenei

  • Napisane przez Jarosław Mikołajczyk
  • Dział: Kultura
  • 0 komentarzy
Wyróżniony Paulina Andrzejak zaczarowała publiczność Latarni na Wenei

Kolejne spotkanie zatytułowane Noc Wenecka wypełniło Latarnię dźwiękami wibrafonu, ksylofonu, marimby i innych instrumentów perkusyjnych. Licznie przybyłą publiczność, zahipnotyzowała Paulina Andrzejak. To był ważny koncert, który poprzedziła krótka opowieść Szczuna z Kareji o tym, jak rodziła się nazwa Weneja i o tym, jak wyglądała Noc Wenecka, która odbyła się 9 sierpnia 1923 roku. To jednak koncert Pauliny Andrzejak był istotą wieczoru.


Niesamowicie skoncentrowana, a jednocześnie, pełna lekkości artystka skupiła swoją grą uwagę publiczności przez godzinę. Jak na tak młodą osobę, świeżo po dyplomie przygotowała niezwykle dynamiczny koncert. To był świetnie skomponowany recital z pełną świadomością tego, że dynamicznie to różnorodnie czasem oszczędniej w innym momencie efektownie niemal wirtuozersko. Poza ciekawą dramaturgią układu koncertu trzeba napisać to wprost, Andrzejak pokazała nie tylko swoją technikę, ale praktycznie przeprowadziła widzów przez świat instrumentów perkusyjnych od wibrafonu, czy marimby przez werbel i konga. W kilku momentach Paulinę Andrzejak wsparła Alicja Krajewska.

Pierwsze takie wsparcie nastąpiło mniej więcej w połowie koncertu. Wariacja na dwie perkusistki i dwa kubki wsparta na Latarni brzmieniem metalowej beczki była elementem show, w tym koncercie rzetelnie podanych rytmów i brzmień. Andrzejak już przy wykonaniu utworu na werbel pokazała nie tylko, że bawi się grą na instrumencie i wydobywanie z niego coraz ciekawszych podziałów rytmicznych i brzmień. To był piękny niemal cyrkowy w dobrym rozumieniu tego słowa moment koncertu, kompozycja pozwoliła na zabawę, ale nie pozwalała na przekraczanie granic, tu nie było tak modnej perkusyjnej hochsztaplerki. W przestrzeni Latarni bardzo dobrze wypadły klasyczne utwory w aranżacjach na wibrafon czy marimbę. Tutaj jeden Caprice Paganiniego przełożony na zupełnie inny instrument niż ten, któremu maestro Niccolo pokazał całą gamę skupienia i uważności instrumentalistki, która zagrała utwór efektywnie, jeśli nawet również efektownie to nie efekciarsko – co przecież robi wielu młodych artystów. Ksylofon zabrzmiał wspaniale.

Niezależnie od tego, czy rzeczywiście Andrzejak jest już tak dojrzałą artystką, czy to był ten szczególny koncert niezwykle był przemyślany i wykonany, to był wykonania piękne, nieprzesadzone, bez jakiegoś energetycznego rozedrgania, mimo kilku momentów ewidentnej zabawy przestrzeń pomiędzy sceną a odbiorcą wypełniał szacunek wzajemny, ale przede wszystkim szacunek perkusionalistki do samej muzyki, do jej sensów. To, co zadziwiające młoda wibrafonistka potrafiła obok popisowego dla wibrafonistów kawałka Gary Burtona zagrać przepięknie zbudowany na kontrastach brzmień i niemal teatralnych kombinacji rytmów, utwór w multiperkusyjnej kompozycji Japończyka Michio Kitazume, gnieźnianka ekspresją nie ustępowała Margaricie Kourtparasidou, być może była dużo bardziej skupiona, niż Greczynka. Mimo że utwór niesie w sobie tajemniczą ekspresję zbliżoną do tańca butoh, Paulinie Andrzejak udało się zachować cały czas swoją lekkość.

Trudno szukać wibrafonistów, którzy nie sięgnęliby po wspomnianego Gary Burtona, zwłaszcza że nie stronił od jego kompozycji czy aranżacji nawet Milt Jackson, bez wątpienia bóg wibrafonu, jak Miles Davis trąbki czy Charlie Parker saxu. Tym bardziej młoda gnieźnianka podjęła się trudnego zadania, bo niezwykle łatwego do porównania. Wydaje się, że pomijając fakt, że wymienieni wcześniej mistrzowie większość życia grają dwoma pałkami, (Burton sięga z czasem po cztery) a Andrzejak ma ich w dłoniach cztery, jeśli byśmy zostali przy wibrafonistach jazzowych gnieźniance w pewnym rodzaju skupienia bliżej do Mike Mainieri.

Bardzo dobrze wybrzmiał też utwór klasyczny grany wspólnie z Alicją Krajewską. Jeśli jednak mawia się, że to koniec wieńczy dzieło, dobrze, miękko zagrany klasyk na finał bym w istocie zamknięciem godnym najlepszych koncertów. Chaconne z II Partity skrzypcowej d-moll J.S. Bacha wypełniło Latarnię ciepłym i pełnym brzmieniem.

Wróćmy jednak do wagi tego koncertu
Po pierwsze ten recital skrócony do 45 minut byłby modelową lekcją uzupełniającą dla szkół podstawowych, na temat instrumentów perkusyjnych. Ponadto tego typu prezentacje dawno już powinny wyjść poza mury „Muzycznej”, dawno już są poza ciekawymi okazjonalnymi występami przekrojowymi, niektórzy uczniowie powinni móc realizować swoje własne koncerty, dla żywej publiki, która przychodzi, bo chce. Granie tylko do współuczniów i rodziców lub na okazjonalnych występach dla oficjeli to za mało. Gniezno ma niezłą szkołę II stopnia, która kształci zawodowych muzyków. Których dyplomy nie powinny przechodzić bez echa zwłaszcza te najlepsze.

Ten koncert to także naprawdę poważne potraktowanie muzyka po gnieźnieńskiej „szkole” przez animatorów kultury. I zrobili to animatorzy bez etatów, bez sali widowiskowej, i wielu innych udogodnień. Trudny koncert brzmieniowo, a jednak nagłośnił go sam Jakub Dzionek – pomysłodawca Latarni, nie posiłkując się nikim.

Rzecz jasna Paulinie zdarzyły się dwa albo trzy niepewne uderzenia, nie miało to jednak żadnego wpływu na wartość emocjonalna czy ekspresję wydarzenia. Pod wieloma względami było to wydarzenie muzycznego sezonu w Gnieźnie.

Jest tylko jedna uwaga: czy o takie koncerty nie powinny zabiegać instytucje kultury?

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.