http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Afromental – po prostu show

Tuż po bardzo dobrym koncercie Turbo, na scenie pojawiła się ekipa Afromental, nie tylko po to by nie obniżyć temperatury koncertu ale też cisnąć potężną dawka energii w gnieźnieński Rynek. Porównywanie koncertów kompletnie niepotrzebne, bo oba były w swoim rodzaju dobre. Show z jakim przyjechała do Gniezna ekipa z Olsztyna zostanie w pamięci na bardzo długo. Żelazna porcja muzyki brzmiącej jak najlepsze światowe produkcje, również na żywo z niesamowitą oprawą świateł potrząsnęła chyba nie tylko Rynkiem. Właściwie trzeba by użyć jednego słowa żargonu i zamknąć relacje, tyle tylko że to słowo na Zet, jest podobno nieobyczajne. Tak się to robi i tyle.


Trudno domniemywać, czy organizatorzy wysłuchali ostatnią płytę Mental House uważnie, to nie ma jednak znaczenia, ponieważ okazało się je ta mocno pulsująca, ale też pełna cięższych riffów gitarowych niemal jak z Korn czy Living Colours płyta zagrana w Gnieźnie na Rynku, po prostu ruszyła publikę. - Teraz ponieważ mamy nową płytę i parę nowych numerów, skupiamy się na własnej twórczości i chyba cała płyta Mental House dzisiaj będzie - powiedział nam Torresiwo przed koncertem. - Myślę, że jeśli nie cała to w większości ale tez kilka starszych kawałków, które lubimy tych mocnych energetycznych, jak to się mówi sztosów. Generalnie zrobimy rock'n'rolla dziś – dodaje Łozo.

Tak jak powiedzieli tak zrobili od pierwszych dźwięków było mocno i energetycznie. Rytm ze zdwojoną siłą narzucany przez dwóch świetnych bębniarzy, bas niczym niczym u Doug Wimbish'a czy Reginald'a Fieldy Arvizu wzmocnione przez mistrzowsko brzmiące riffy gitary Barona uzupełnione nowocześnie brzmiącymi klawiszami instrumentalnie tworzyły spójna machinę. Do tego jedni z nielicznych polskich MC – w prawdziwym rozszerzeniu nadużywanego ostatnio skrótu (Master of Ceremony) na wokalu to musiało rezonować i rezonowało. Skojarzenia rzucone wcześniej z Korn czy Living Colours, nie były jedynymi, jakie dało się słyszeć pod sceną.

Przy Differences z płyty Mental House w swojej lirycznej nucie przywodził na myśl lżejsze kawałki Alice in Chanis. Zresztą ten kawałek dedykowany przyjacielowi, który zginął w wypadku zabrzmiał perfekcyjnie gdzieś w środku koncertu po potężnej dawce wiejących energią niemal z Cypress Hill czy R.A.T.M utworów. Wszystkie te skojarzenia oczywiście mimowolne i nie do uniknięcia kompletnie nie miały nic wspólnego z kalką. Afromental zdecydowanie sięgnął do muzyki lat 90-tych przy której wzrastali muzycy.

- My chyba od zawsze tak chcieliśmy grać. Jeśli popatrzymy na jeden z pierwszych numerów projektu tam są zalążki tego, trochę musieliśmy się z tego wycofać sytuacja była taka, ze musieliśmy zrobić krok w bok. Teraz już, jesteśmy w takim miejscu, że możemy sobie pozwolić by puścić te lejce i grać to co faktycznie lubimy. Słuszna uwaga, że szukaliśmy inspiracji w latach 90-tych i faktycznie tak jest. To te brzmienia, które nas inspirowały w czasach młodości – mówi Torresiwo.

Ten sound dobrych lat 90-tych mixujący grunge, rap core i wszystko to co najlepsze z tamtych lat sprawdził się także w Gnieźnie. - My wszyscy w czasach licealnych słuchaliśmy Limbów, Korna i różnego również metalowego grania, każdy z nas zaczął też romansować trochę z hip hopem z czarnym graniem i z soulem, przez lata koncertów zauważyliśmy, że największą radochę daje nam wiosłowanie – zaznacza Łozo i faktycznie na koncercie czuło się że gitarowe granie jest tym co dynamiczne combo robi po prostu perfekcyjnie.

Trudno tak naprawdę szukać tych największych punktów ciężkości. Pomińmy więc track listę, kawałki były świetnie ułożone i tyle. To co dość ważne to chyba krótkie przesłanie jakie Łozo rzucił do młodej publiki ze sceny, że nie można, nie wolno rezygnował z marzeń. Wspominając, że kiedy zakładali projekt słyszeli, że to się nie uda, że z Olsztyna spoza „układów warszawskich” na pewno się nie wybiją, że po angielsku to się w Polsce nie przyjmie. A jednak trwali uparcie przy swoich marzeniach i teraz mogą już powiedzieć, ze to się udało. Łozo mówił o tym, że warto dążyć do swoich marzeń, nie ważne czy ktoś chce być astronautą, czy chce być super elektrykiem po prostu musi pamiętać że jego życie jest jego życiem i dążyć do tego by przeżyć je tak by na koniec nie żałować.

Jasnym jest, że po tym prologu zagrali It's My Life. Rzetelnie zagrany najwyższym poziomie koncert zakończyły oczywiście bisy. Był to godny koniec dni Gniezna.

Komentarz autora
    Wydaje się nawet, że komentarz nie jest potrzebny. Nawiązując jednak do emocji o których pisałem przy artykule o koncercie Turbo, jeden z niewielu moich przyjaciół zwrócił mi uwagę, że przy utworze Simple Sounds pojawiły się łzy w oczach kilkunastu stojących tuz przy barierkach dziewcząt. Tylko się cieszyć, że nareszcie pojawia się wzruszenie i ciary na plecach młodych ludzi. Naprawdę nie są one mniej warte niż moje łzy przy Turbo. I jeszcze jedno bardzo osobiste skrajne skojarzenie może nie stylistyczne choć nie wiem cholera po Afromental to chyba tylko The Roots – w końcu Łozo namówił mnie bym nie rezygnował z marzeń.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.