Raportuj komentarz

Panie Zbyszku, ja wiem, że Pan jesteś człowiekiem łagodnym i wyrozumiałym, i dlatego napisałeś Pan, że tam w tych lasach to brykają sobie "neofaszyści". A dlaczego niby "neo"? Toż to prawdziwi faszyści są, z krwi i kości. Wystarczy zastosować kategoryzację wykonaną nie tak znów dawno temu przez Umberto Eco, włoskiego językoznawcę i pisarza. Wg Eco cechy faszyzmu to: kult tradycji; odrzucenie modernizmu; działanie dla działania; uznawanie niezgody za zdradę; obawa przed odmiennościami; indywidualna lub społeczna frustracja; obsesja spisku; uznawanie wrogów jednocześnie za bardzo silnych i bardzo słabych; uznawanie pacyfizmu za zły, a życia za ciągłą walkę; pogarda dla słabszych; wychowywanie każdego obywatela na bohatera; machismo; populizm jakościowy; posługiwanie się nowomową. Eco uważał, że prafaszyzm jest wciąż wokół nas, choć starannie ukryty. Ostrzega, że może w każdej chwili znów wyjść na światło dnia. Dlatego też nie można zapomnieć o przeszłości i bacznie obserwować teraźniejszość.

Nie można np. zapominać, że w Niemczech po dojściu Hitlera do władzy zmieniano nie tylko nazwy ulic i placów w miastach, ale także nazwy miast i wsi (jak w Rosji Sowieckiej z Królewca zrobiono Kaliningrad, a w Polsce z Katowic Stalinogród). Po II wojnie polska komisja nazewnicza, złożona z najwyższej klasy językoznawców, z mozołem odtwarzała na zachodzie Polski - zwykle słowiańskie - stare nazwy, spolszczając je i nadając polskie wersje nazwom z rodowodem niemieckim, w tym tym, które zmieniano za Hitlera na jeszcze bardziej niemieckie.
Ciekawostką jest to, że z myślą o przesiedleńcach ze wschodu pierwszą instytucją prowadzącą prace onomastyczne była PKP w Poznaniu; dworce i stacje kolejowe musiały na przyjazd wysiedlonych Polaków mieć polskie nazwy, także ze względów psychologicznych. Robili to językoznawcy, urzędnicy i kolejarze, robiono to uczciwie, na podstawie badań archiwalnych oraz terenowych (np. księgi parafialne).
"Jednocześnie często funkcjonowały liczne nazwy lokalne, nadawane przez miejscową ludność, będące z reguły dosłownym tłumaczeniem nazw niemieckich. Ludność traktowała bowiem nazwy miejscowości jak swoją własność, uważając jednocześnie, że może je swobodnie
zmieniać. Warto dodać, iż wszelkie tego typu nazwy nie zanikły od razu po wprowadzeniu oficjalnego nazewnictwa i niejednokrotnie funkcjonowały jeszcze przez długi czas, zwłaszcza w świadomości lokalnych mieszkańców (...) Sekcja Onomastyczna Instytutu Zachodniego w Poznaniu ściśle współpracowała zarówno z władzami administracji centralnej (Ministerstwo Administracji Publicznej, Ministerstwo Ziem Odzyskanych), instytucjami państwowymi (dyrekcje kolei, poczt, żeglugi itp.), jak i urzędami administracji lokalnej. Pełniła ona również funkcję punktu informacyjnego, w którym zainteresowane urzędy, prasa czy osoby prywatne mogły się więcej dowiedzieć na temat trybu ustalania nazw, ich pochodzenia czy poprawności form. Ponadto sporządzano wykazy nazw i odpisy kartotek. Ważną rolą sekcji było też występowanie w roli opiniodawcy czy mediatora w przypadku różnic zdań, jakie pojawiały się między poszczególnymi organami władzy w kwestii poprawności nazw." - D. Utracki: Problematyka nazewnicza na Ziemiach Zachodnich. Instytut Historii, Uniwersytet Zielonogórski.

Przed II wojną podobne problemy Polska też musiała załatwiać, aby scalić ze sobą trzy dawne zabory, i miała do tego instytucję utworzoną rozporządzeniem Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 24 października 1934 r., była to Komisja Ustalania Nazw Miejscowości przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Ten przepis był stosowany w 1945 r. i później.

W trakcie obecnej rewolucji onomastycznej, zgodnie z założeniami aktualnej polityki historycznej, rewolucji kulturalnej i kultury rewolucyjnej, robią to radni albo wojewoda. Niech Bóg ich prowadzi ku Targowisku! A Pstrowski? Lud z dętą propagandą rozprawił się krótko: ""Wincenty Pstrowski, górnik ubogi, przekroczył normę, wyciągnął nogi"... Czytaj więcej na http://nowahistoria.interia.pl/prl/news-wincenty-pstrowski-smierc-rebacza-dolowego,nId,1072294#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox.
Piszą, że te jego kłopoty ze zdrowiem przyczyniły się do postępów w leczeniu białaczki. Ja bym ul. Pstrowskiego zostawił na pamiątkę czasów, jako symbol. Żaden Engels ani Bierut z niego nie był. Prosty człowiek, robotnik, jedyne co potrafił, to ciężko pracować. Wykorzystano jego żarliwą spontaniczność do celów politycznych, aby usprawiedliwić systemowe niewolnictwo. On był wykorzystywany przez różnych Sobieralskich.