http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Rok 2024

Wyróżniony Rok 2024

Sobota. Znowu miał ten sen: wielkie osiedle, jego osiedle, bez płotów, kamer, dozorców, strażników, szlabanów, czujników ruchu i identyfikatorów. Wspólna, bezpieczna przestrzeń, po której ludzie poruszają się w dowolnym tempie, kiedy chcą i którędy chcą. Bez przepustek. Zatęsknił za dziadkiem i jego opowieściami z serii „Przed wojną to były bułki!”...


Bezszelestnie uchylił drzwi i jednym spojrzeniem ocenił sytuację. Jędza z psami zniknęła za blokiem, poduszka w oknie na parterze była pusta, a odwrócony tyłem dozorca grzebał coś przy kamerze monitoringu. Jak zwykle bez zbędnego namysłu podjął decyzję. Przeskoczył płot i błyskawicznie przebiegł 120 metrów po chodniku „siódemki”, ignorując krzyki baby-poduszkowca z parteru i szczekanie jędzowatych psów. Czterema susami pokonał parking „dziesiątki” i przyczaił się za śmietnikiem „ósemki”. Wyjrzał ostrożnie, próbując powstrzymać łomotanie serca. Na ścieżce „jedenastki” nie było nikogo. Wyskoczył i ruszył na oślep. Dwanaście sekund później był już przed sklepem. Mógł wreszcie złapać oddech. Tutaj był bezpieczny. Trzy minuty sapał zziajany, opierając dłonie na nadwyrężonych kolanach, które boleśnie drżały. – Starzeję się – pomyślał, z rezygnacją kręcąc głową.

Wracał spokojnie, wiedział, że ludzi z pełnymi torbami zakupów rzadko pytają o przepustki. Strażnicy uważali, że skoro ktoś bezpiecznie dotarł do sklepu, musi mieć przepustkę właśnie na ten dzień. A może udawali, że tak uważają. Kto wie?... – Muszę nauczyć się lepiej planować zakupy, albo załatwić jakoś dodatkową przepustkę, jeżeli nie chcę dostać zawału – planował. Od lat nie udawało mu się kupić wszystkiego, na cały tydzień w czasie środowego wyjścia do sklepu, na które miał legalną przepustkę. – Gdybym miał przydział na miejsce parkingowe, mógłbym dogadać się z Kowalskim spod dwójki, albo z Nowakową z czwartego. Oni mają przepustki na soboty. Przywoziłbym im zakupy w środy, a oni mnie w soboty. Byłoby łatwiej – marzył. Szybko porzucił tę myśl, nie chcąc popaść w melancholię. Doskonale wiedział, że bez samochodu nie da rady przytargać zakupów dla tylu osób. Przerzucił torby przez płot i kucając za krzakiem bzu, chwilę obserwował teren. W dogodnym momencie, z wieloletnią wprawą pokonał płot i nie zwracając uwagi na wrzaski dozorcy spod „siódemki”, wbiegł do klatki.
    
Przy śniadaniu znowu dopadły go obrazy ze snu. Po raz kolejny usiłował przypomnieć sobie, jak to się stało i w którym momencie. Dlaczego któregoś dnia wokół bloków zaczęły pojawiać się płoty, szlabany, zamykane furtki, ogrodzone chodniki, a na osiedlu wyrósł las złowrogich  tabliczek „Teren prywatny. Wstęp wzbroniony!”? – Ludzie ludziom zgotowali ten los – pomyślał gorzko Nałkowską, po raz setny przypominając sobie różne sytuacje sprzed zaledwie kilku lat.
    
Na jego prywatnej liście winnych był przede wszystkim Geodeta, który jego zdaniem tak sobie, bez wizji lokalnej, beztrosko i nieodpowiedzialnie wziął któregoś dnia linijkę, ołówek i podzielił teren osiedla na jednoblokowe działki, nie patrząc chyba którędy ludzie będą chodzić i jeździć, jak już każdy poczuje, co za siła tkwi w „Wolnoć Tomku w swoim domku!”. Był też Prezes, który nie wiadomo czemu nie zasugerował Geodecie, że może warto by było jednak więcej niż sześć dróg i chodników na krzyż zostawić w świętym spokoju, dla tak zwanego dobra wspólnego? Dalsze miejsca zajmowali wszyscy ci, którzy w podziale osiedla zwietrzyli interes: budowlańcy (od płotów), firmy ochroniarskie (od strażników), kartografowie (od szczegółowych map terenu), przewodnicy (od oprowadzania przyjezdnych), producenci, monterzy i serwisanci sprzętu audio-video (od monitoringu), no i oczywiście urzędnicy, urzędnicy i jeszcze raz urzędnicy (od setek pism, pieczątek, zezwoleń, przepustek, identyfikatorów i tłumaczenia, dlaczego nic się z tym nie da zrobić)... Dalej na liście figurowali wszyscy ci, którzy dali się tej gorączce omotać i nie zadali sobie w porę prostego pytania: po co to wszystko? Po diabła mi jedna sześćdziesięciodruga  trawnika i jedna sześćdziesięciodruga chodnika?!  Do czego to doprowadzi?! Teraz już wszyscy wiedzieli do czego, ale teraz było już za późno na zadawanie jakichkolwiek pytań.
    
Wolno przeżuwał ostatni kęs, patrząc w kuchenne okno, kiedy poczuł ten charakterystyczny zapach. – Cholera! – zaklął w duchu – zapomniałem wyrzucić śmieci! Pięć minut później znowu bezszelestnie uchylił drzwi i jednym spojrzeniem ocenił sytuację... Dozorca..., jędza z psami..., baba-poduszkowiec..., płot... Przepustkę do śmietnika miał na piątki...

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.