http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Komedianci czy herosi?

Wyróżniony Komedianci czy herosi?

Nie dawno obiecałem Państwu napisać o mądrości zwierząt. Oczywiście, że z tą mądrością to nie do końca prawda, bo wszystko jest rzeczą względną, ale to co tutaj opiszę, zdarzyło się naprawdę i każdy może sam ocenić, ile w tym mądrości, ile komedii a ile heroizmu.


W swoim życiu miałem wiele psów, każdy był jakiś i każdy (oprócz tego, którego mam aktualnie, przeszedł do historii). Każdy też przejawiał rozmaite cechy i talenty. Co by nie powiedzieć, za najodważniejszego z nich, uważałem zawsze Avisa, gładkowłosego jamnika, który ze względu na przymioty swej rasy uważany jest powszechnie za kanapowca  i safandułę najwyższego lotu.  Takie zdanie o tych psach na metry, mają jednak ludzie, którzy ich tak naprawdę nie znają. Czemu tak twierdzę? Otóż nigdy nie widziałem innego  psa (nawet małej rasy) który by się odważył wejść do zamieszkanej nory lisa czy też borsuka i toczyć tam zwycięskie boje, których – ze zrozumiałych względów nie mogłem obserwować, ale to co dało się słyszeć, świadczyło jednoznacznie o niezachwianej woli walki i bohaterstwie tej małej glisty na krzywych łapkach.

Najmądrzejszym z moich psów był natomiast Nero, gładkowłosy wyżeł niemiecki o mądrym spojrzeniu i talentach wszelakich. Neruś był dobrze znanym specjalistą od polowań na każdą zwierzynę, a także aporterem i doskonałym tropowcem używanym przez kolegów do poszukiwania postrzałków, Dokonywał na tym polu istnych cudów, bo często odnajdywał zaginione zwierzę w miejscach sprzecznych z logiką ludzi, którzy chcieli jemu zasugerować kierunek tych poszukiwań. Profesor Neruś miał takie sugestie w d… i kierował się tam, gdzie wiódł go niezawodny nos. Byłem też raz świadkiem prawdziwego „jasnowidzenia” w jego wykonaniu, ale ta sprawa dotyczy brzydkiego zachowania śp.  Kolegi myśliwego, więc nie będę jej tutaj rozwijał. Niezależnie od tego, o którym piesku piszę, zawsze najbardziej żałowałem tego, że nie potrafiły mówić. Słuchać oczywiście słuchały, ale co z tego, gdy zawsze najważniejszą dla nich sprawą była łowiecka pasja, która brała górę nad tym, co do nich mówiłem.

 Mieszkałem wtedy niedaleko Wrześnicy, małej rzeki, która w okresach wiosennych zalewała okoliczne łąki i torfy po których płynęła sobie do Warty. Pewnie był już czerwiec i cała dolina była zalana płytką wodą. Neruś się nudził jak mops, bo sezon kaczy zaczynał  się dopiero w sierpniu, a i w lesie nie działo się w tym czasie zbyt wiele. Wyszedłem więc z nim na spacer nad wodę, aby się trochę ochłodził. Od rozległego zalewu dzielił nas tylko nurt wolno płynącej rzeczki za którą, w tym akurat miejscu był porośnięty tatarakiem pas torfowych wyrobisk. Ja naprawdę nie miałem żadnej złej woli i uprzedzam, że nic złego nikomu się nie stało, ale… Neruś doszedł do rzeczki i głęboko zaciągnął się powietrzem znad rozlewiska. Nie było wątpliwości. Po drugiej stronie nurtu ukrywały się kaczki. Chociaż był on psem, to tak naprawdę był zwierzęciem ziemno wodnym, i podczas polowania przynosił swemu panu nie tylko upolowane przez myśliwych kaczki, Ale i całkiem żywe i zdrowe, które sam złapał w trzcinach, a zdarzało się, że również piżmaki, co jest rzeczą wprost nie do wiary.

Pies wszedł do wody, przepłynął przez rzeczkę i zaczął buszować pośród  porośniętych tatarakiem  torfowisk. Długo nie trwało, gdy wiedziony niezawodnym nosem wytropił tam kaczą rodzinę i wtedy zaczęła się komedia w wykonaniu kaczej mamy. Jakkolwiek można oceniać całe zdarzenie, ja od początku wiedziałem, że to tylko komedia, nic nikomu się nie stanie i tylko pies może paść z wysiłku. Oczywiście próbowałem go odwołać, ale jak tu można zrezygnować z pogoni za kaczką, która nie umie latać, tylko głośno wrzeszczy i tapla się tuż przed nosem. Inna sprawa, że chociaż jest tuż, tuż, to ciągle się oddala, a czym dalej od schronienia swoich dzieci, tym jakby zdrowiała i teraz już po kilka metrów polatuje, spadając z wrzaskiem na rozlewisko. Pies oczywiście nie odpuszcza, a gdy pościg oddalił się o kilkaset metrów, kaczka po cichu startuje i niskim lotem powraca do swoich dzieci. Ogłupiały tym wszystkim pies w końcu powraca do swojego pana kompletnie wypompowany i jakby z poczuciem winy po nieudanym polowaniu. Cóż, jest on tylko psem…

Kiedyś byłem w lesie rowerem i jadąc leśnym duktem zauważyłem idącego przede mną żurawia ze sporym już pisklęciem. W żadnym razie nie chciałem wystraszyć tego towarzystwa, ale z drugiej strony nie dało się ich minąć nie zauważonym. Kiedy więc zbliżyłem się dostatecznie, zostałem świadkiem bohaterskiej komedii w wykonaniu żurawiej mamy. Otóż strategia dorosłego ptaka była nie tylko komedią. Ptak wykorzystał fakt, że z prawej strony drogi był kilkuletni gęsty młodnik, a po lewej rzadki bór sosnowy. Jakież było moje zdziwienie, gdy po chwili od schronienia się ptaków  w gęstwinie, tuż przed moim nosem pojawił się dorosły osobnik wyraźnie dający mi znać, że łatwo mogę go złapać, ba, głośno grucząc, zdawał się mnie zachęcać do takiej próby. Oczywiście ja dobrze wiedziałem co jest grane i tylko podziwiałem przedstawienie, doceniając karność malucha, który posłuchał swojej mamy i został sam w gęstej kniei. Oczywiście że czym prędzej oddaliłem się z tego miejsca nie niepokojąc nikogo.

Tego typu zachowań pozbawionych jakoby rozumu zwierząt, widziałem w życiu więcej, ale ich opisanie zajęłoby dużo miejsca a i tak nic nie odda tego, co się czuje widząc taki spektakl na żywo.
Więcej w tej kategorii: « Kołowacizna Chuck Jarosław »

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.