http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Tajemnica państwowa

Wyróżniony Tajemnica państwowa

Wołodię poznałem jakieś prawie już 40 lat temu, w czasie studiów, w Moskwie. Była pierwsza połowa lat 80-tych. My byliśmy już po doświadczeniach pierwszej Solidarności, oni tkwili w głębokiej komunie, a mówiąc obowiązującym wówczas językiem, byli rozwiniętym społeczeństwem socjalistycznym. Do pełni szczęścia, czyli do prawdziwego komunizmu, brakował im już tylko mały kroczek.


Wołodia był patriotą, bardzo kochał swój kraj, ale strasznie tęsknił do demokratycznych reguł rządzenie. Polubiliśmy się od razu, połączył nas zdecydowany antybolszewizm oraz „stolicznaja”. Pamiętam jak kiedyś, jeszcze na samym początku znajomości, zapytałem go, jak właściwie się tutaj u nich żyje. Wołodia odpowiedział mi dowcipem, który był kwintesencją panujących w Związku Radzieckim stosunków, a brzmiał on mniej więcej tak: Młody, niedoświadczony milicjant jednego z moskiewskich posterunków udał się na patrol. Na tymże patrolu znalazł on kompletnie pijanego człowieka, który leżał bez czucia idealnie na granicy Moskwy i okręgu moskiewskiego. Nie wiedząc co w tej sytuacji począć, młody funkcjonariusz zadzwonił na komisariat z prośbą o radę. Po opisaniu sytuacji, komendant posterunku milicji bardzo szybko rozstrzygnął sprawę, wydając następujące polecenie: „Powąchajcie pijanego, jeśli pachnie wódką, odwieźcie go do izby wytrzeźwień w Moskwie, a jeśli pachnie samogonem, zawieźcie go do najbliższej „wytrzeźwiałki” w okręgu podmoskiewskim. Młody milicjant polecenie wykonał, ale w dalszym ciągu nie wiedział co zrobić, jako, że pijany delikwent nie pachniał ani wódką, ani samogonem, tylko koniakiem. Ponownie więc połączył się ze swoim zwierzchnikiem i po raz kolejny zdał relację ze swoich czynności, prosząc o radę. Komendant usłyszawszy, że pijak pachnie koniakiem, momentalnie stwierdził: „Aaa… jeśli tak, to odwieźcie towarzysza do domu”!
    
Minęło prawie 40 lat, wiele się w tym czasie zmieniło tak u nich, jak i u nas i w końcu mogę zrewanżować się Wołodii bardzo podobnym (bratnim) dowcipem. Oto młody funkcjonariusz policji patroluje największy warszawski cmentarz. Nagle staje jak wryty, ponieważ pomimo obowiązujących zakazów widzi na tymże cmentarzu grupę ludzi, mało tego, ludzie ci nie posiadają obowiązkowych maseczek ochronnych, nie zachowują należytej odległości pomiędzy sobą, a dodatkowo poruszają się po terenie cmentarza autem. Kompletnie zbity z tropu funkcjonariusz, łapie więc za telefon i łączy się ze swoim zwierzchnikiem. Szczegółowo opisawszy sytuację prosi o instrukcje. Komendant jednak dopytuje: „Wieniec ma?”. „Ma”. „Co jest na nim napisane?” Młody policjant czyta treść szarfy, a komendant posterunku poleca: „Otrzepcie prezesowi łupież z kołnierza, domknijcie rozporek, przetrzyjcie buty i odwieźcie na Nowogrodzką!”
    
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ta myśl przebrzydła, że opowiadając Wołodii ów dowcip… zdradzam tajemnicę państwową. Przy czym wcale nie chodzi tutaj o łupież, niedomknięty rozporek czy brudne buty, bo przecież te „atrybuty” są doskonale widoczne, jeśli nie na pierwszy, to na pewno, na drugi rzut oka. Chodzi mi raczej o to, że niechcący mogę zdradzić obcokrajowcowi (obcemu wywiadowi?!) w jakim momencie „transformacji ustrojowej” znaleźliśmy się po 40 latach nieustannych zmian. A nie wiem czy to nie jest czasami zakazane…
    
Na wszelki wypadek więc, przygotowałem drugi dowcip, mniej „opisowy”, mniej polityczny, bardzie łagodny i stonowany, jednym słowem… bezstronny. Oto bowiem syn pyta ojca: „Tatusiu, a skąd się biorą dzieci?” Ojciec: „Cicho bądź gówniarzu i się nie interesuj, jak dorośniesz, to się dowiesz, a teraz strzelaj szybko, bo ci sarna ucieknie.”

Ot i dylemat.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.