http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Co przetrwało po wierzeniach dawnych Gnieźnian?

Wyróżniony Co przetrwało po wierzeniach dawnych Gnieźnian?

Przy okazji 1050. rocznicy Chrztu Polski, o której napiszę w następnym felietonie, zacząłem zastanawiać się czy cokolwiek z dawnych wierzeń pogańskich, pomimo przyjęcia chrześcijaństwa, mogło ocaleć w Gnieźnie i okolicy? Okazuje się, że wbrew pozorom aż do XIX w. wśród Gnieźnian zachowała się pokaźna wiedza o dawnych zwyczajach pogańskich, o których wspominano przy okazji uprawiania zabobonów i guseł. Paradoksalnie, najwięcej dowodów na podparcie tej tezy zgromadził w postaci legend i opowieści Niemiec, gnieźnieński profesor gimnazjalny, Otto Knoop (1853-1931).


Temat nie jest nowy, został poruszony m.in. w poezji Władysława Bełzy (1847-1913). Poeta w „Legendzie z dziejów polskich” (cz. VI) opisuje żywą gnieźnieńską pamięć o „duchach, które starym bogom wciąż się żalą”:

        Jest jezioro jedno słynne,
        Co pod Gnieznem lśni zamknięte,
        Które dotąd usta gminne,
        Od wiek wieków zowią „święte”.

        W niem, jak z baśni dociec można,
        Co w swój urok je spowiła:
        Niegdyś Mieszka dłoń pobożna,
        Bóstwa pogan tu topiła.

        I tu, podług wieści starej,
        Co z ust do ust leci chyża:
        Po raz pierwszy światło wiary,
        Błysło Polsce z ramion krzyża.

        Czemuż jednak wód tych tonie,
        Lud omija w nocną ciszę?
        Czemu rzadko na ich łonie,
        Łódź rybacka się kołysze?

        Bo lud wierzy w swej pokorze,
        Że gdy wicher fale zwełnia,
        Świat zaklęty w tem jeziorze,
        Tajemnice swoje spełnia.

        I choć wieków przeszło tyle
        I burz tyle ponad falą:
        Duchy w wodnej swej mogile,
        Starym bogom wciąż się żalą.

Przywołany Otto Knoop, zbierając wśród Gnieźnian i okolicznej ludności dawne legendy i opowieści, zachował dla potomnych ciekawy fragment kultury, którą gdyby nie ów Niemiec, moglibyśmy zatracić bezpowrotnie. Wyniki swoich badań ogłosił drukiem w pracy „Sagen und Erzählungen aus der Provinz Posen”. Oczywiście dziewiętnastowieczne „echa czasów minionych” należy odczytywać wyłącznie z perspektywy literackiej, nie chciałbym być w tym miejscu posądzany o propagowanie pogaństwa lub okultyzmu.

Ale zacznijmy od początku, od wiarygodnych źródeł. Sam Jan Długosz (1415-1480), kronikarz, którego trudno posądzić o dyletanctwo, wspomina, iż w czasach pogańskich Gniezno było ośrodkiem kultu Nyja (Nija, Nia), bóstwa podziemi, czarów, wodnych głębin i świata zmarłych. Legenda o gnieźnieńskim bóstwie mortualnym przetrwała długo po przyjęciu chrześcijaństwa w 966 r., dlatego Bolesław Chrobry nie szczędził wysiłków, aby Gniezno wzbogacać relikwiami świętych i tym samym umacniać wśród poddanych nowo krzewioną wiarę. Przecież to dzięki temu władcy w Gnieźnie zainicjowano znany w ówczesnej Europie kult świętego Wojciecha i Radzima Gaudentego, do grobów których pielgrzymowali wierni, zadbano także o propagowanie kultu Pięciu Braci Męczenników. Bracia Męczennicy, wśród których są pierwsi Polacy, zostali zamordowani przez rabusiów, w poczet świętych zaliczył ich papież Jan XVIII w 1004 r., szczątki Braci Męczenników spoczywały w Gnieźnie do czasu najazdu czeskiego księcia Brzetysława. Początkowe przenikanie się wierzeń w dawnym Gnieźnie podkreślali również poeci, warto przywołać m.in. fragment z wiersza „Pustelnicy. Legenda z czasów Bolesława Chrobrego” Antoniego Czajkowskiego (1816-1873):

    (...)
    W Gnieźnie, wśród cudów, Wielkopolska uwielbiała [Braci Męczenników – przyp.],
    I załomiła ręce na swych synów grobie,
    Podobna onej smętnej poganów Nijobie.

Dawniej miejscami religijnych „praktyk zakazanych” stawały się najczęściej wzniesienia zwane „Łysymi Górami”, których ślady mogliśmy spotkać także w bezpośrednim sąsiedztwie Gniezna. Otto Knoop w XIX w. zapisał relację jednego ze swoich uczniów, M. Zakrzewskiego z Gniezna, który znał taką opowieść:
Dnia 24 czerwca i 25 grudnia czarownice zbierają się na drzewie stojącym na wzgórzu i radzą, jak dostać się do piekła. Dla zabezpieczenia się od ich czarów, ludzie w te dni skrapiają drzewa wodą święconą, przy czym słychać jęki i piski. (…) jest góra taka, zwana Łysą Górą [między Gnieznem a Mogilnem – przyp.]. Jeżeli nie pokropić drzewa wodą święconą, to czarownice zjeżdżają na miotłach w dolinę i poczynają tańczyć tak szybko, że aż kurz wzbija się wysoko.

O innej Łysej Górze w kontekście gnieźnieńskiej topografii wspomina sędzia Trojan w 1442 r., gdy rozstrzygał spór o przebieg granicy między gnieźnieńskimi klaryskami a probostwem św. Jerzego. Karol Ney (1809-1850), rektor gnieźnieńskiej szkoły św. Jana, badacz kultury, wzięty poeta, istnienie tejże Łysej Góry w pobliżu średniowiecznego Gniezna umiejscawiał „na polach skiereszewskich, przy rozstajnej drodze, jako wynika z akt kryminalnych Jędrzejewskich”. Czy było to miejsce uprawiania dawnych wierzeń, trudno dzisiaj dociec.

Niektórzy dawni Gnieźnianie, wbrew nauce Kościoła, mieli zupełnie inne zdanie w sprawie dusz zmarłych. Ich wyobrażenia o zmarłych wyraźnie nosiły cechy wierzeń pogańskich, co zapisał Knoop zasłyszawszy opowieść od dr. Laudowicza z Gniezna:
„Światełka błędne”, najczęściej zwane: „ogniki błądzące”, są to dusze zmarłych bez spowiedzi grzeszników, które pokutują. „Ogniki błądzące” są jasne lub ciemne, wedle tego, czy dusza mniej lub więcej skalana grzechami. Natomiast pod Gnieznem, w Jankowie, sądzono, że owe „ogniki” wabią ludzi ku zatraceniu, a „kto światełko takie zobaczy, a opowie drugiemu, dostanie się do piekła”. Jeszcze inna legenda z Gniezna, zanotowana przez Knoopa, przekazuje:
Błędny ognik „świecznik” jest to diabeł, który wieczorem ludzi mani, a sprowadziwszy ich z drogi, znika, by potem wróciwszy droczyć się z nimi.

Przywołany motyw legendy znany jest także z wersji podanej Knoopowi przez gnieźnieńskiego ucznia, S. Brocka, Polaka:
Błędny ognik jest olbrzymim potworem diabelskim, pokryty włosami płomiennymi. Jest to stworzenie ziemnowodne, bo ukazuje się zarówno na wzgórzach, jak nad wodą. Porusza się ciągle, wskutek czego i płomienie skaczą. Kto ujrzy ognik taki w noc św. Sylwestra, ten przyszłego roku nie dożyje.
Jak widać z powyższego, nawet dawne wątki mityczne potrafiono dostosować do kalendarza kościelnego.

Ale nie był to odosobniony przypadek, o „świeczniku” mówiła również Knoopowi „dziewczyna Polka z Gniezna”, której imienia dziś nie znamy:
Ludzie mówią, że diabeł pod postacią światełka zwodzi ludzi wieczorem, wyprowadza ich w pole i okazuje im się pod rzeczywistą postacią. Nie można go uniknąć, bo gdziekolwiek się obróci, światełko stać będzie zawsze przed oczyma.

Echa starych wierzeń, iż Gniezno i okolice były niegdyś miejscem, w którym znajdowało się jedno z wrót do piekieł, przetrwało w legendzie opowiedzianej przez M. Zakrzewskiego, ucznia Knoopa:
Pod Malczewem (w okolicy Witkowa) jest góra gliniana, w której jest kilka szczelin, napełnionych wodą. W górze znajduje się także woda. Ludzie utrzymują, że mgła, unosząca się nad szczelinami, wychodzi ze smoły, w której się w piekle smażą grzesznicy.
Intrygującym wydaje się także wyobrażenie niegdysiejszych Gnieźnian, że gdy „ziemia paruje, znaczy, że skarby się palą w ziemi”.

O „magicznym źródle” i zamianie ludzi w zwierzęta lub na odwrót opowiadał Knoopowi nauczyciel z Gniezna nazwiskiem Rakowski:
O północy dzika świnia z prosiętami wyskakuje ze źródła pod Niechanowem koło Gniezna i wpędza przechodniów do wody. Świnia ma być chłopem, który żył niegdyś we wsi. Utrzymują także, iż w dzień pies wychodzi ze źródła i zamienia się w zająca albo jelenia. Raz pokazał się dzieciom, a gdy uciekały, obrócił się w człowieka.  

Inna legenda pt. „Piekło pod Trzemesznem” wspominała źródełko i świętego Wojciecha, nie wiadomo tylko, dlaczego owe źródełko nazywano „piekiełko”, być może wcześniej mogło mieć zupełnie inne przeznaczenie, skoro w jego pobliżu znajdowała się niegdyś świątynia pogańska:
Przy drodze z Trzemeszna do Gniezna jest źródło obmurowane i obsadzone drzewami, zwane „piekiełko”. Mówią, że święty Wojciech umył sobie w nim nogi, wskutek czego nabrało wybornego smaku i siły uzdrawiającej. Między Trzemesznem a Wymysłowem widoczne są na wzgórzu zagłębienia. W największym z nich, zwanym „Piekło”, rycerze zatopili skarby. (…) Opowiadają także, iż na wzgórzu stała świątynia pogańska, do której należał staw, pokrywający „Piekło”.

I w samym Gnieźnie, zgodnie z legendą opowiadaną przez mieszczan, jedno ze wzgórz (w XIX w. mieścił się na nim cmentarz ewangelicki) stworzyć miał sam diabeł, gdy upuścił worek, wtedy „z piasku tego powstało wzgórze, na którym dawniej czarownice radziły, komu szkodzić, a kogo wspierać”.

W Gnieźnie i okolicy zachował się jeszcze w XIX w. stary zwyczaj, iż aby uchronić się od złych duchów, na Trzech Króli bursztynem kadzono we wszystkich izbach i stajniach.

Knoop zapisał także legendę znaną uczniowi S. Brockowi z Gniezna, w której pojawia się pogański wątek składania ofiar ze zwierząt pod dębem. W tym przypadku zamiast słowiańskiego bóstwa, pojawia się święty Jan:
Pewna hrabina, wdowa bezbożna w Trzemesznie, miała trzech synów dorosłych. Bracia poszli się kąpać w dzień św. Jana. Dwóch utonęło, trzeci biegnąc po ratunek, uderzył głową o kamień i skonał na miejscu. Lud utrzymuje, iż odtąd rokrocznie w dzień św. Jana troje ludzi musi zginąć w wodzie lub w inny sposób. Żeby przebłagać św. Jana, zabijają tedy trzy koguty białe pod dębem, poświęconym świętemu.

Nawet jak na XIX wiek, owa lokalna niegdyś tradycja składania pod dębem krwawych ofiar aby przebłagać fatum, wydaje się nie mieć nic wspólnego z chrześcijaństwem. Podobnie oddawano niegdyś cześć „prastarym drzewom” wierząc w ich moc uzdrawiającą, co zapisał Knoop za gnieźnieńskim nauczycielem Theilem w legendzie pt. „Diabeł południowy”:
Lud z okolic Strzelna wierzy w diabła, który jako stara  wdowa chodzi we żniwa w południe. Kto nie padnie przed nim na kolana, temu pogruchocze nogi. Wyleczyć się można tylko korą z drzewa prastarego, pod którym przodkowie chorego odprawiali nabożeństwo.  

Okoliczni mieszkańcy Gniezna kultywowali pamięć o ludziach, którzy żyli na tych ziemiach przed wiekami i zostali pochowani w pogańskim obrządku całopalnym. Świadczy o tym chociażby legenda spod Gniezna opowiedziana młodziutkiemu E. Wendorffowi przez „starą Polkę”, co skrzętnie zanotował Knoop:
Na najwyższym wzgórzu w Zdziechowie pod Gnieznem, mieszkał przed laty zbójca, a wkoło niego poddani jego w jaskiniach podziemnych. Zbójcy zapuszczali się nawet aż do Prus, szerzyli rozboje i wracali z łupami i niewolnikami, których zabijali nad brzegiem stawu. Podczas jednej wyprawy wódz poległ i wielu jego towarzyszy. Pozostali zabrali ich zwłoki i pochowali we wspólnym grobie. Kilka lat temu rozkopano kurhan, w którym znaleziono urny. Podanie mówi, że to są szczątki zbójców. O północy, gdy wicher wyje i błyskawice rozświetlają ciemności, wódz wstaje i głosem trąbki kościanej budzi towarzyszy, aby z nimi popędzić przez pola.

Może ta legenda opiewa dzieje pogańskiego, przedmieszkowego księcia, który władał tymi ziemiami? Dzisiaj to pytanie pozostaje bez odpowiedzi, być może w przyszłości badania archeologiczne zaprzeczą lub potwierdzą istnieniu „legendarnego wodza”, który niegdyś miał walczyć z Prusami, jeszcze na długo przed misją świętego Wojciecha.

Trwa tutaj od pokoleń mglista pamięć o początkach Polski, jakież może być kiedyś nasze zdziwienie gdy okaże się, że pod Gnieznem w Zdziechowie naprawdę znajduje się grób ojca Mieszka I lub jego dziadka, którego pochowano z towarzyszami broni. Wszak i Troja była niegdyś tylko legendą.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.