http://informacjelokalne.pl/images/banners/baner01a.jpg

Odwieczna rzeczy kolej...

Wyróżniony Odwieczna rzeczy kolej...

Co prawda jeszcze jej nie widać, jeszcze jej nie słychać i jeszcze jej nie czuć, ale ona jest już bardzo blisko, czai się tuż za rogiem i w najmniej odpowiednim zapewne momencie – ni stąd, ni zowąd – objawi się nam w całej swej krasie i  z całą swą potęgą. Zacznie się niewinnie – jak co roku zresztą – od pierwszych poważniejszych nocnych spadków temperatur, pierwszych niespodziewanych przymrozków, a przede wszystkim pierwszych przypadków porannego skrobania szyb oraz pierwszych poślizgów.


Zaraz potem zmrozi wszystko (a może i wszystkich) dookoła i obficie sypnie śniegiem. Nastanie bowiem zima – zima, czyli najpiękniejsza pora roku! Wiem, że postawiona teza jest dość ryzykowna i niewiele osób się ze mną zgodzi, ale ja naprawdę lubię zimę – może nie tak jak lato, ale z pewnością bardziej, niż ową paskudną szarą, burą i ponurą jesień. Lubię zimę i co roku chyba, o tej właśnie porze, bulwersuję lub co najmniej wprawiam w zdumienie czytelników swoim wyznaniem.

A skoro już naprawdę mam bulwersować, to... niech żyje cudowny biały świat spowity puchowym szalem i przykryty puszystą śnieżną kołderką! Niech żyje bezchmurne niebo! Niech żyje rześkie, mroźne powietrze! Niech żyją cudownie kryształowe sople lodu!

Niby jest tylko biało, czysto i chłodno, ale trzeba chyba nie mieć za grosz wrażliwości, by nie zauważyć, że zrobiło się jakoś zdecydowanie wznioślej i uroczyściej. Nie są to niestety, najlepsze słowa na określenie zimowej atmosfery, gdyż tę ostatnią bardziej się przecież czuje niż widzi. Wystarczy rzut oka na biały puchowy bezmiar gdzieś poza miastem, by zdać sobie sprawę z potęgi i siły natury, z istnienia odwiecznych praw, efektem których jest zmiana pór roku, aż wreszcie z istnienia niepojętej siły, która stworzyła gwiazdy i planety, nadała im kształt, wprawiła je w ruch i zapoczątkowała niekończący się cykl wiosen, lat, jesieni i zim. Przynajmniej tutaj, u nas, na Ziemi. Nigdy też chyba bardziej, niż zimą, nie uświadamiamy sobie własnej małości, słabości, a wręcz bezbronności.

Powszechnie też wiadomo, że zima to radosne zabawy dzieci będące wspomnieniem – ukrytego głęboko w najgłębszych zakamarkach serca – własnego dzieciństwa, to rzeźwiące i emocjonujące – jak nigdy – spacery, to mrożące krew w żyłach kąpiele ludzi – morsów (zapraszam nad Winiary w każdy weekend, a niekiedy nawet i w dni powszednie, jako że sezon już się rozpoczął) to niepowtarzalna radość ze szklanki ciepłej herbaty, z grzejącego kaloryfera i z piwnicy pełnej węgla i drewna na podpałkę, to wreszcie zdrowe i krystalicznie czyste powietrze – bez much, komarów, pająków i – co chyba najważniejsze – bez alergenów.

Jednocześnie zdajemy sobie jednak sprawę z faktu, że zima to też potężna i rozkapryszona pani, która sama zdaje się nie zdawać sobie sprawy z własnej siły i mocy; z jednej strony daje wiele pozytywnych emocji, radość i zabawę, a z drugiej sieje strach, dezorganizację i chaos. Zimowa pani – pociągając za niewidzialne sznurki – bawi się nami, niczym marionetkami. Igra sobie z ludzkim losem, a także z naszym zdrowiem czy nawet życiem. Kompletnie nieprzewidywalna, z jednej strony może nas zasypać i zmrozić, odciąć od świata, kompletnie sparaliżować i zdezorganizować nam życie, a z drugiej może – daj Boże – podarować Kamilowi Stochowi Wielką Kryształową Kulę czy luksusowe auto za Turniej Czterech Skoczni, a co za tym idzie, dostarczyć nam niesamowitych wrażeń i radosnych przeżyć.

Kolejnym plusem jest jeszcze i to, że zimowa pora to jedyny okres w roku, kiedy tak łatwo o współczucie i zrozumienie, a nawet o pomoc innych ludzi. Jesteśmy sobie nawzajem zdecydowanie życzliwsi. Dozorcy chętnie pożyczają sobie szufle i łopaty, kierowcy wypychają się ze śnieżnych zasp, nikt nikomu nie odmawia ogrzania się w ciepłym pomieszczeniu.

Mało tego, sroga zima sprawia, że dzieją się rzeczy niesłychane – tu i ówdzie reaktywują się bowiem dawno już u nas nie widziane społeczne komitety. Najczęściej są to komitety do odśnieżania, ale zawsze. Ludzie ciągle jeszcze – gdy zaistnieje taka konieczność – potrafią brać sprawy we własne ręce. I bardzo dobrze, bo skoro nie można liczyć na – pożal się Boże – wyspecjalizowane służby, to trzeba liczyć na siebie.

Sam, kilka razy, brałem udział w takich akcjach, narobiłem się jak wół, zgrzałem się jak Negr na plantacji bawełny, a gdy kompletnie przemoczyłem sobie buty, ulotniłem się „po angielsku” wręczając swoją „szypę” jednemu z sąsiadów. Byłem z siebie (i sąsiadów) dumny, bo jak wiadomo dobre uczynki kumulują się, nakręcają się nawzajem, z czasem tworząc lawinę, która prędzej czy później, do nas powróci. A zjawisko to, w dzisiejszych czasach, jest po prostu... bezcenne!

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.