http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpg

Chore ferie...

Wyróżniony Chore ferie...

Niezłe miałem ferie, nie ma co… Niewiele doprawdy brakowało, a niechybnie zszedłbym z tego świata. Wszystko to oczywiście za sprawą niepozornego, aczkolwiek bardzo groźnego, choćby dlatego, że nieustannie mutującego się… wirusa grypy! Dopadła mnie nagle i niespodziewanie, a co najgorsze – skutecznie. Bezwzględna franca – grypa!


Najpierw mnie zlokalizowała, potem po cichutku osaczyła, a następnie – mnożąc olbrzymie ilości wirusów – przypuściła gwałtowny atak. Nawiasem mówiąc, był on tak szybki i skuteczny, że nawet nie zdążyłem zauważyć, jakiego typu był wirus, który zaatakował mój organizm: ptasi, świński czy też może normalny – nieludzko ludzki. Zaczęło się tradycyjnie od fatalnego samopoczucia, duszności, dreszczy, łamania w mięśniach i kościach, no i gorączki. Ani się obejrzałem, jak wylądowałem w łóżku. Szczerze muszę przyznać, że spędzanie ferii zimowych w pościeli, w dodatku na niezbyt przyjemnej czynności pocenia się, nie należy do moich ulubionych zajęć. Cóż jednak było począć?!

Owinięty szczelnie kołdrą oraz kilkoma kocami obserwowałem świat zewnętrzny przez małą szczelinę utworzoną w fałdzie mego posłania. Wystarczyło tego akurat na ekran telewizora. Przysypiałem i majaczyłem, a chwilami traciłem kontakt z rzeczywistością. Nic więc dziwnego, że po pewnym czasie sen zaczął mieszać się  z jawą, a świat realny z wirtualnym (telewizyjnym i komputerowym). Chwilami byłem w łóżku, a chwilami w najbardziej absurdalnych miejscach, jakie mogłem sobie tylko wyobrazić. Swoje z pewnością robiła też trawiąca mnie gorączka.

Wyraźnie widziałem, jak z mojego telewizora wyszła Rita Ora, za nią Dua Lipa z wianuszkiem różowych flamingów, a jeszcze później Selena Gomez. Ach, jakże one śpiewały, jak tańczyły, jak prezentowały swoje niesamowite wdzięki, stając nawet na głowie, w czym zresztą przodowała Dua Lipa i jej flamingi. Przysięgam, że miałem je wszystkie (ptaki oczywiście) na wyciągnięcie ręki...

Nagle, pełna konsternacja, oczom swym własnym nie wierzę, tuż obok mojego tapczanu przeszedł sam Władek Frasyniuk, legenda Solidarności. Był w kajdankach, prowadziło go kilku smutnych panów, którzy stali tam, gdzie wtedy stało ZOMO. Ich zacięte, pozbawione poczucia humoru, ale za to pełne nienawiści „twarze” (delikatnie mówiąc) wyraźnie wskazywały na ich partyjną przynależność.

Przez moment Frasyniuk był tak blisko mnie, że mogłem go nawet dotknąć. Mogłem, ale nie zdążyłem, bo jeden z ZOMO-wców, naciągnął mi szczelnie na głowę kołdrę, w efekcie czego, nie zdążyłem już wydusić z siebie ani jednego słowa, by podtrzymać Władka na duchu. Jedyne co zdążyłem, to pomyślałem „HAŃBA!”, a zaraz potem zapadłem się w wielką czarną przerażającą pustkę, z której – po uważnym wsłuchaniu się – moje czujne ucho wyłowiło jakieś okropne dźwięki obrzydliwego mlaskania i ciamkania. Nie, tylko nie to, pomyślałem i ostatnim wysiłkiem świadomości wyrwałem się z poczekalni gabinetu, gdzie królował niejaki Adrian, i przeniosłem się nie mniej, ni więcej, jak tylko do... Pjongczangu.

Zdążyłem w ostatniej chwili, właśnie kończył się konkurs drużynowy w skokach narciarskich, Dawid Kubacki wychodził z progu, a koreańska publiczność krzyczała: „Leć, Adam, leć...”. No i leciał, ale Norwegów i Niemców „nie przeleciał”...

A potem był jakiś film. On też wylał się z telewizora. Kolejna wojna! Znamienne było to, że wojskowi w hitlerowskich mundurach porozumiewali się po… polsku! Ba, przy moim biurku siedział i znowu nadawał niejaki J-23. Że też nie mogła się mi przyśnić Katarzyna Figura – zdążyłem westchnąć – zwłaszcza wczesna Figura, ze swoją wczesną figurą.

Tymczasem za oknem ścisnął mróz i zaczął padać śnieg, co podziałało na mnie niesamowicie kojąco. Dopiero po dłuższej chwili, a być może nawet kolejnej drzemce, uświadomiłem sobie, że cała Polska wyszła na łyżwy. Wszystkie jeziora i rzeki, stawy i oczka wodne, otwarte lodowiska i kryte hale lodowe dosłownie zaroiły się od miłośników łyżwiarstwa. Nic więc dziwnego, że medale dla polskich panczenistek i panczenistów zaczęły sypać się w Korei z każdej strony.

Zaraz, zaraz... medale... ? Dla polskich łyżwiarzy...? O ile do tej pory nabierałem tylko przekonania, to teraz miałem już pewność, śniłem. Na pewno śniłem!

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.