http://informacjelokalne.pl/images/banners/skwp_baner.jpghttp://informacjelokalne.pl/images/banners/nbaner01.jpg

Opowieść o pewnym Lachu, czyli o Polaku do kwadratu

Wyróżniony Opowieść o pewnym Lachu, czyli o Polaku do kwadratu

Kiedy usiadłem do pisania tego materiału to zastanawiałem się, czy nie zatytułować go Odyseją pewnego Polaka. Rzecz w tym, że nasz bohater nigdy już nie powróci na swoją Itakę…


Jeszcze nie widzę - nawet w wyobraźni, jak będzie wyglądać to, co zamierzam stworzyć, ale rzecz będzie długa i wielowątkowa, bo rozciągnięta w czasie i przestrzeni – od podnóża Karpat, nad szumiący Bałtyk. Część tego co pomiędzy, postaram się zawrzeć w tej obfitującej w tragedie opowieści.

Wszystko się zaczęło, gdy w ubiegłym roku Rada Seniorów Miasta  Gminy Czerniejewo powierzyła mnie zredagowanie wspomnień  mieszkańców, którzy osiągnęli już sędziwy wiek. Szkopuł  w tym, że te wspomnienia wcale nie istniały, owszem, one były zakodowane w mózgach tych, o których chodziło, ale nikt nie sporządził nawet listy tych ludzi. Założyłem więc sobie, że postaram się dotrzeć z dyktafonem do każdego, kogo sam miałem na myśli i do wszystkich tych, których w trakcie tej pracy mnie polecono. Odwiedziłem wielu - nie zawsze z sukcesem dlatego, że nie każdy chciał podzielić się swoimi wspomnieniami i ja to szanuję, mówiąc: szkoda. Przepraszam za dość długi wstęp, ale wszystko musi mieć swój fundament.

Gmina Czerniejewo, a raczej samo miasto w czasach które podlegały opracowaniu, posiadało swoją specyfikę. W miejscowym pałacu - tuz po ostatniej wojnie, uruchomiono bowiem  Państwowy Dom Dziecka,  do którego w 45 roku trafił między innymi mały Antoś Lach, człowiek, który cudem uszedł rezunom UPA i w niemniej cudowny sposób uniknął śmierci głodowej, etc. O tych wszystkich sprawach piszę szeroko w książce Życie przemija, pamięć pozostaje. Tutaj, postaram się krótko nawiązać do tej historii, która zasługuje na utrwalenie dlatego, że Czerniejewo odwiedził właśnie ten uczestnik „golgoty wschodu”, a  jest ona częścią tragedii wielu rodaków, którzy mieszkali na polskiej wtedy na Ukrainie.

Jak zaznaczyłem powyżej, dzisiejszy materiał ma wiele początków. Czas na kolejny z nich. Dziadkowie Antoniego Lacha mieszkali w Ujsołach koło Żywca i po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, oraz włączeniu ziem zachodniej Ukrainy do Polski, sprzedali swoje gospodarstwo i za uzyskane ze sprzedaży ojcowizny pieniądze, kupili ziemię na Kresach, w dawnym województwie stanisławowskim. Pomimo tego, że tereny te zamieszkiwały wówczas rozmaite nacje, ludzie żyli tam w zgodzie i pokoju. Wszystko zmieniło się po wybuchu wojny, gdy ziemia ta doznała pierwszego sowieckiego  „wyzwolenia”. Zanim jednak to nastąpiło, ojciec małego Antosia wywiązując się z obowiązku bycia Polakiem, poszedł szukać wojny. Piszę tak dlatego, że podany adres mobilizacyjny był już nie aktywny i nikt by wezwanego nie ścigał, gdyby wtedy spokojnie wrócił do domu. Niestety, ale on był Lachem nie tylko z nazwiska ale i z serca  zaciągnął się więc  do pierwszego lepszego polskiego oddziału i zmagał się tam z „pierwszym sowietem” niosącym jemu wolność i swobodę do czasu, gdy należało porzucić wszelkie nadzieje i ojciec małego Antosia wyruszył ku swemu przeznaczeniu…. Chociaż celem tym miał być dom rodzinny i  Lach senior dotarł na opłotki swojej wioski, to niestety, ale swoich dzieci i ukochanej żony już nigdy nie zobaczył, bo został tam zamordowany przez swojego sąsiada, Ukraińca o nazwisku Hołubiec.

Podczas naszego ostatniego spotkania z panem Antonim Lachem, do którego wkrótce przejdę, Przewodniczący naszej Rady J. Kulpiński zauważył - „to ojca wtedy zastrzelono?” Antoni Lach odpowiedział: ale gdzie tam! Czy oni nie mieli siekier i wideł? Wraz z ojcem małego Antosia, zginęło wtedy jeszcze kilku innych żołnierzy powracających z wojny do swych rodzin. W domu, od którego dzieliło Lacha seniora kilkaset metrów, czekała na niego żona i sześcioro dzieci, Antoś był jednym z młodszych pociech małżeństwa i jak dzisiaj wspomina, ojca pamięta tylko z dwóch epizodów. Raz, gdy tata zabrał go do pobliskiego miasteczka na jarmark, gdzie on się zagubił i został przez swojego ojca  odnaleziony. Drugi raz pamięta, jak tata wziął go na kolana i rozwinąwszy gałganek, podał mu pieczonego ziemniaka. Było to prawdopodobnie wtedy, gdy tata małego Antosia  udawał się na wojnę, z której już do swojego domu nie wrócił. Smak tego rarytasu pamięta On do dzisiaj, może dlatego, że później przeżył prawdziwy głód i spuchł, jak głodujące dziecko Afryki. Niestety, ale objawy prawdziwego głodu są paradoksalne… Głód dopadł całą wioskę w 1943 roku po tym, jak Niemcy skonfiskowali chłopom wszystko, co mieli zmagazynowane, aby dożyć do nowych zbiorów. Tutaj chciałoby się powtórzyć za Mickiewiczem: „O roku ów, kto ciebie widział w naszym kraju…” Rzecz w tym, że poeta pisze o roku urodzaju, a my - o klęsce głodu… 

O skali tej tragedii może świadczyć fakt, że w całej okolicy zjedzono wtedy całą lebiodę i pokrzywy, a gdy i tego zabrało, zabrano się za konsumpcję podbiału. Być może Antoś tak ciężko znosił głód, że do spożywania tego ostatniego specjału nie mógł się przemóc, był on dla niego zbyt wstrętny, na szczęście - pogodzony ze śmiercią znalazł ratunek w swoim starszym bracie, który zaczął karmić go dojrzewającymi akurat u ciotki Kiełbasy, czereśniami.  Głodu sam nie przeżyłem, ale nasz bohater poznał go dobrze i jak wspomina: ciężko z niego wyjść. Otóż „odkarmiony” Antoś tak zapakował swoje kiszki, że brat czyścił je małemu głodomorowi… patykiem. Ucieczka od śmierci „naturalnej”, bynajmniej nie była końcem gehenny. Miejscowi „Hołubce” zjednoczyli swoje siły pod flagą tryzuba i przystąpili do rozprawy z tymi, którzy jeszcze żyli. Ludzie bali się spać w swoich domach i szukali rozmaitych kryjówek, dobrym schronieniem wydawała się ziemianka do przechowywania ziemniaków. Niestety, ale po nocy spędzonej w tym przybytku, wszyscy się podtruli wydzielającymi się z gnijących bulw glikoalkaloidami i długo nie mogli przyjść do siebie, a I tak mieli szczęście, bo znane są wypadki śmiertelne po przetrzymywaniu gnijących kartofli… w kuchni. Inną formą ratunku, było udawanie się na noc do sąsiedniej wioski Podwysokie, gdzie stacjonowało węgierskie wojsko i  gdzie korzystano z dworca kolejowego jako bezpłatnego hotelu bez żadnej gwiazdki. Zdarzało się, że uciekinierzy otrzymywali tam coś do zjedzenia od stacjonujących tam i przyjaźnie nastawionych do Polaków Madziarów. Na dworcach jednak wcale nie było bezpiecznie. Przykładem niech będzie los rodziców innych bohaterów tej wojennej epopei (też wychowanków PDDz. w  Czerniejewie) którzy zostali zamordowani właśnie na dworcu, osieracając jedenaścioro dzieci. Ja,  niestety,  ale muszę się skracać, bo materiał, aczkolwiek bardzo zajmujący, jest zbyt obfity, aby szczegółowo rozwijać wszystkie wątki. Ratunkiem dla „wołyńskich sierot”,  okazało się pojawienie tam działaczy RGO (Rada Główna Opiekuńcza) którą niektórzy mądrzy inaczej oskarżają o kolaborację z okupantem. Prawda jest taka, że chcąc uratować chociażby jedno polskie dziecko, trzeba było z Niemcami rozmawiać.

Wioska, w której mieszkał mały Antoś ze swoją mamą, doczekała się w końcu swojego czasu. Po zapadnięciu zmroku bojownicy spod znaku tryzuba stawili się w Zieleniowie, aby rozprawić się z praklatymi Lachami. Mały Antoś - niby  „Szczęściarz Antoni” miał tym razem niesamowity fart… Dzisiaj jest wysokim i zażywnym staruszkiem, ale wtedy był małym i chudym brzdącem, który, jak raz nadał się… do pilnowania ognia podczas pędzenia bimbru, którego - na szczęście czy nieszczęście - wtedy spróbował i w efekcie „odleciał”. Pamięta ten dzień dokładnie, bo akurat wtedy na podwórzu zarzynano krowę, która się wzdęła. Rezuni, jak zawsze pojawili się gdy zrobiło się ciemno, ale zostali w porę dostrzeżeni i mieszkańcy wioski zdążyli uciec do lasu. Antoś nigdzie nie uciekał, bo był pijany jak bąk i starszy brat Mietek wcisnął go pod łóżko, dlatego, że dźwiganie takiego znieczulonego balastu  wydało się jemu zbyt trudne.  Małego amatora bimbru obudziły strzały i kiedy przetarł oczy, to zobaczył za  oknem  ukraińską baranicę na głowie przechodzącego obok domu rezuna. Na szczęście ten do chałupy nie zajrzał, bo najwidoczniej się śpieszył… Kiedy zrobiło się cicho, mały Antoś wylazł ze swej kryjówki i zaczął wołać mamę. Wioska płonęła, ale jego dom - jako jeden z trzech we wsi, był pokryty nie palnym materiałem, a konkretnie dachówką (jeszcze dwa polskie domy pokryte były blachą) i się ostał. Po Ukraińcach nie było już śladu, okazało się że uciekli spłoszeni przemieszczającym się w okolicy oddziałem radzieckiej partyzantki po dowództwem Simona Kowpaka.

Tutaj powracam do przerwanego wątku RGO. Kiedy napady na wioski się nasiliły, mieszkańcy wsi porzucili swoje gospodarstwa i ratując życie, udali się do Stanisławowa. Jakakolwiek działalność tej Organizacji, nie była możliwa poza terenem dużego miasta, tam tez działacze RGO  zaproponowali rodzicom dzieci z opuszczonych wsi, wakacje dla dzieci, które miały wyjechać na trzy miesiące do Krakowa. Mama Antoniego zdecydowała się wysłać tam troje swoich młodszych pociech, „ale ja wcale tego nie chciałem” - wspomina pan Antoni i w końcu starszy brat wrzucił go do pociągu pomimo wrzasków i protestów. Pan Antoni wspomina: Każdy z nas miał na szyi woreczek z dokumentami, ale „Szczęściarz Antoni” swój zgubił i potem – do czasu odnalezienia mamy i sprowadzenia metryki, wypisano mu dane „z przysłowiowego kapelusza”. Dzieci w Krakowie nie przebywały długo, chociaż pan Antoni mile wspomina serdeczne powitanie polskich sierot przez gościnnych Krakusów. Zanim jednak przejdę do dalszych perypetii związanych z ewakuacją, chcę oddać sprawiedliwość chociażby jednemu Ukraińcowi. Nazywał się on Korościej i ryzykując własnym życiem, wielokrotnie ostrzegał swoich polskich sąsiadów, oraz – co było aktem prawdziwego heroizmu, przygarnął on polską dziewczynkę, która sama  się ostała na tym świecie. Część Twojej pamięci, Bracie!

Jak wspomniałem powyżej, pobyt w Krakowie na Krzemionkach, potrwał krótko i pensjonariuszy improwizowanego ośrodka przeniesiono - oczywiście za zgodą i przy pomocy Niemców - na zamek w Pieskowej Skale, gdzie znajduje się słynna Maczuga Herkulesa. Zamek na dzieciach z ukraińskiej wioski zrobił bajkowe wrażenie, ale rzeczywistość była taka, że warunki życia nie były  tam wcale łatwe. O trudnościach aprowizacyjnych szkoda wspominać, ale dyrektor ośrodka - pani profesor Jadwiga Klimaszewska dokonywała istnych cudów, aby sprostać zobowiązaniu którego się podjęła, a nawet więcej. Czymś takim było niewątpliwie przyjęcie do ośrodka małego Żyda, którego zręcznie ukrywano przed niemieckimi inspektorami. Oczywiście, że polskie dzieci nic nie wiedziały, kim jest ich mały kolega. Zamykając ten wątek powiem, że po małego Izraelitę zgłosił się jego ojciec, zanim polskie dzieci wyjechały do nieba, bo tak im się jawił kolejny dom - zelektryfikowany i wyposażony w wygody pałac w Czerniejewie. W zamku często brakowało nawet wody w studni, którą w takich razach trzeba było nosić z Prądnika, a zdarzało się też, że na głowę leciały - chyba ruskie - bomby. Ja niestety nie mogę tutaj pisać o wszystkim, więc zainteresowanych tematem odsyłam do dostępnej w Gnieźnie i Czerniejewie (tutaj do kupienia za dwie dychy w sztywnej prawie książki Życie przemija…) ale to bynajmniej nie jest koniec naszej sagi.

W ubiegłym roku w naszym pałacu, który od roku 1977 przestał pełnić funkcję PDDz. odbył się wernisaż wystawy jednego z jego wychowanków - pana Krzysztofa Chomicza (mój materiał o tym wydarzeniu ukazał się na łamach IL.pl.) i podczas tego spotkania ofiarowałem Autorowi wystawy naszą książkę. Krzysztof Chomicz mówi o sobie, że co pięć lat zmienia zainteresowania oraz profesję. Jedną z nich była kiedyś telewizja i tak docieramy do końca naszej opowieści. Pan Antoni Lach mieszka obecnie w Kamieniu Pomorskim, a Krzysztof Chomicz gdzieś po sąsiedzku, a że świat to jedna globalna wioska, to sprawy potoczyły się tak. Posiadacz książki pochwalił się nią w Telewizji Szczecin a ten konkretny, zawarty w niej wątek tak ujął panią redaktor Małgorzatę  Gwiazda – Elmerych,  że ta  postanowiła zrealizować o tym wszystkim dokumentalny film. W końcu września, bohater naszej opowieści, Pan Antoni Lach w towarzystwie córki Elwiry, przyjechał wraz z trzyosobową ekipą Telewizji Szczecin do Czerniejewa. Nasz dostojny gość - wraz z całą ekipą, zamieszkał w gościnnych wnętrzach pałacu, gdzie zrealizowano większość materiału filmowego. Życzeniem Pana Antoniego było spotkać się z Kolegą ze szkolnej ławy (dosłownie siedzieli w jednej) panem Stanisławem Wachowiakiem, oraz ze mną, realizatorem wspomnianej książki.

Pierwsze spotkanie zaaranżował pan burmistrz Tadeusz Szymanek w Urzędzie Gminy. Uściskom i wspomnieniom nie był końca, a nasz Gość ciągle powtarzał, że jest pod wielkim wrażeniem naszej gościnności, na którą On sobie nie zasłużył. Po kilku godzinach spędzonych w sali sesyjnej Urzędu i w gabinecie burmistrza, szkolni koledzy pożegnali się serdecznie, a ja namówiłem dostojnych Gości na krótką przejażdżkę po ciekawych miejscach naszego miasteczka. Najpierw pojechaliśmy na miejsce byłego kirkutu, gdzie wystawiona jest okazała tablica pamiątkowa i jest urządzone lapidarium, z cudem zachowanych maceb. Przejeżdżając przez rynek, gość wyrażał ubolewanie, że nie ma tam już ewangelickiego kościoła, który doskonale pamiętał, oraz komina w miejscu byłego tartaku. Z rzeczy nowych, pokazałem gościom głaz z tablicą poświęconą pamięci urodzonej w Czerniejewie „Perły Oceanu”, żony kapitana legendarnego „Kromania” Tadeusza Dybka. Ireny Wiland – Dybek. Nasz gość, nie kojarzył istniejącego w jego czasach i nieodległego przecież od pałacu obelisku, upamiętniającego dawny kościół parafialny pod wezwaniem św. Idziego z 1263 roku. Szczegół ten świadczy o tym, że pamięć ludzka jest dość zawodna, bo dzieci z kresów były i są bardzo religijne, a obiekt o którym piszę, młody Antoni na  pewno nieraz widział. Celem naszej wyprawy był jednak leśny pomnik hr. Skórzewskiego, byłego właściciela Pałacu, który tragicznie zginął w tym miejscu podczas polowania na zające, a na długie lata sam pałac był domem ciężko doświadczonych przez los dzieci. Wychowankowie Domu Dziecka często odwiedzali okoliczne lasy i to zarówno w celach aprowizacyjnych, jak i po to, aby… zdobyć materiał na fajerwerki które były pozostałością niemieckich magazynów amunicji. (raz urządzono im w związku z tym lekcję poglądową, bo do ich lekarza przywieziono strzępy dziecka z pobliskiej wioski) „Tak daleko nie chodziliśmy”, powiedział mi Pan Antoni, podziwiając monument.

Następnego dnia spotkaliśmy się o 9.00 rano przed pałacem, gdzie ekipa filmowa kręciła ujęcia do filmu korzystając m. in. z drona. Oczywiście, ze gwoździem programu było sentymentalne zwiedzanie pałacu, zakończone kawą i pożegnaniem w pałacowej restauracji – dawnej Wozowni. Do materiału załączę zdjęcia które będą opisane, więc nie wymagają komentarza.

1 komentarz

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.